43. Zamek Ogrodzieniec – jurajski klasyk

WITAM SERDECZNIE !!!

Po dłuższej – zimowej przerwie powróciłam już do zwiedzania, teraz najwyższy czas powrócić i do relacjonowania. Z tym drugim miałam ostatnio problem, efektem czego są przenosiny mojego bloga – mam nadzieję, że tu, w tym nowym miejscu dobrze się poczuję i na brak weny twórczej nie będę narzekała :) Pierwsze tegoroczne wycieczki mam już za sobą – z Jurą przywitałam się 18 marca odwiedzając Zamek Smoleń i spacerując Doliną Wodącej, małopolskę odwiedziłam w Niedzielę Palmową, a w świętokrzyskim byłam kilka dni temu. Wszystkie te wycieczki chciałabym opisać i będę do tego dążyła. Już od dawna jednak chodzi mi po głowie Zamek Ogrodzieniec i to właśnie o nim dzisiaj się rozpiszę. Zanim jednak do tego dojdzie przypomnę, że dzięki korzystnej rzeźbie terenu obszar Jury Krakowsko-Częstochowskiej był w przeszłości idealny do budowania warowni obronnych. Stanowiąc niezwykle istotną i skuteczną linię obrony odegrały one szczególną rolę w historii Polski. Obecnie są ruinami, ale jakże malowniczymi ruinami. Wtopione w krajobraz, zachwycają swym pięknem i tworzą niezwykłą atmosferę tajemniczości. Uwielbiam odwiedzać je i spacerować wśród nich. Jedną z moich ulubionych i zarazem najczęściej przeze mnie odwiedzanych jest Ogrodzieniec.

Zamek Ogrodzieniecki w Podzamczu to najbardziej imponujące Orle Gniazdo spośród wszystkich zamków Jury Krakowsko – Częstochowskiej. Usytuowany na Górze Janowskiego – najwyższym wzniesieniu Jury (515,5 m. n.p.m.) – zbudowany z twardego wapienia i dolomitów przetrwał wieki, będąc długo niezdobytą twierdzą piastowskich orłów na Krakowie, a później kolejnych potężnych i znamienitych magnackich rodów.

Gród zamkowy istniał na Górze Janowskiego już w XII w. Mimo, że było to wtedy niewielkie grodzisko liczące zaledwie kilka drewnianych chat, osłoniętych z trzech stron skałami, a od północy palisadą, nazywano ja wówczas „Wilcza Szczęka” ze względu na wyjątkowe walory obronne, chroniące przed najazdami książąt czeskich i śląskich. Wówczas zamkiem rządził stary rycerski ród Włodków herbu Sulima. Kiedy w 1241 r. gród został splądrowany i spalony podczas najazdu Tatarów Włodkowie wznieśli gotycki zamek z kamienia, który do 1470r. był ich siedziba rodową.

Zamek zmieniał właścicieli aż do roku 1523 kiedy stał się własnością Jana Bonera, przedstawiciela wielce możnego i znaczącego rodu kupieckiego, radcy krakowskiego, bankiera i doradcy króla polskiego, burgrabii i żupnika krakowskiego. Jego bratanek – Seweryn Bonar – w latach 1532 – 1547 rozbudował zamek czyniąc z niego imponującą renesansową siedzibę obronną, w owych czasach dorównującą swoim przepychem Wawelowi.

Kolejny właściciel – Jan Firlej, mąż córki Seweryna Zofii, marszałek wielki koronny, wojewoda i starosta krakowski oraz kolejni przedstawiciele wielkich partiotów, wybitnych polityków i mecenasów sztuki władali Ogrodzieńcem ponad 100 lat – nadal rozbudowywali zamek nadając wnętrzom pyszny barokowy styl.

Najazd Szwedów w roku 1655 poważnie uszkodził południowe mury zamkowe. Kolejny właściciel – Stanisław Warszycki ( postać wielce dwuznaczna pod względem historycznym: z jednej strony odważny patriota, budowniczy, zwolennik postępu z drugiej strony jawi się w przekazach historycznych jako postać niezwykle okrutna, dręcząca i katująca poddanych) – dokonał koniecznych napraw, a także wzniósł na przedzamczu stajnie i wozownię oraz wybudował potężny mur obronny.

Kolejny najazd Szwedów w 1702 r. oraz pożar wzniecony przez najeźdźców rozpoczął etap upadku potężnej twierdzy. Ostatni właściciele opuścili zamek w 1810 r. Odtąd zaczął  służyć okolicznym chłopom, jako budulec i popadać w coraz większą ruinę.

Ruiny zamku leżą na „Szlaku Orlich Gniazd” i są udostępnione do zwiedzania. Ze względu na swoją nazwę, większość turystów błędnie twierdzi, iż jest on położony w miejscowości Ogrodzieniec. Naprawdę jednak znajduje się w Podzamczu, około 2 km na wschód od Ogrodzieńca.

Obecny stan ruin zamku jest efektem prac archeologiczno – konserwatorskich dokonanych przez państwo w latach 1959 – 1973. Nie daje on jednak rzeczywistego wyobrażenia o wyglądzie tej siedziby magnackiej z okresu jej świetności oraz o znaczeniu rodów, które kolejno nim władały.

Poniżej widok od pd-zach. i doskonale widoczna Baszta Kredencerska:

Nie ulega wątpliwości, że w czasach potęgi i znaczenia ogrodzienieckiej rezydencji pomieszczenia mieszkalne musiały być wyposażone i ozdobione niezwykle bogato. Nieprzypadkowo zamek w Podzamczu nazwano „Małym Wawelem”. Można domyślać się tylko że wymienione w inwentarzu zamku z 1665 r. piece z malowanymi kaflami, marmurowe kominki i posadzki, żelazne okute drzwi czy malowane skrzynie ze skarbca, zdobione balustrady i obrazy w kaplicy dorównywały świetności swym wawelskim odpowiednikom.

By poznać dokładnie zamek i jego otoczenie proponuję najpierw obejść go wkoło, a następnie zaopatrzyć się w bilet wstępu i zwiedzić go w środku – oczywiście jeśli ktoś woli, to może obrać odwrotną kolejność zwiedzania. Ja bywam tam tak często, że nie za każdym razem zwiedzam go w środku, ale wkoło obchodzę go zawsze 😉

Spacerując wokół ruin Zamku Ogrodzieniec możemy nie tylko podziwiać zamek, ale także różne ciekawe formacje skalne. Szczególnie pięknie prezentują się one na tle błękitnego nieba :)

Tyle piękna kryje się w tych kamieniach – aż trudno powstrzymać się od robienia zdjęć – ja z każdego wyjazdu przywożę ich mnóstwo :)

I jeszcze raz ta sama skała z oknem, tylko sfotografowana podczas innego wyjazdu:

A poniżej skała zwana Niedźwiedziem oblegana przez miłośników wspinaczki skałkowej, których latem można spotkać zarówno w Ogrodzieńcu, jak i na większości skałek jurajskich.

Będąc już na terenie zamku warto oprócz niego zwiedzić również Męczarnię.

W tej sali tortur zwanej również Katownią Warszyckiego (zlokalizowanej na terenie przedzamcza Zamku Ogrodzienieckiego) znajduje się wystawa dawnych narzędzi tortur i technik katowskich. Można zobaczyć takie machiny jak: Krzesło Czarownic, Hiszpański But, Garota, Kołyska Judasza, czy Żelazna Dziewica.

Na zdjęciu średniowieczny kat – aż strach pomyśleć jak czuli się skazańcy, gdy stawali przed takim jegomościem :(

Ponownie Męczarnia, tylko w nieco innym ujęciu:

Mnie szczególnie zachwyca sfinks – na zdjęciu widoczna również estrada, na której w okresie letnim często odbywają się różne występy i koncerty.                                             Miłośników Pokazów Rycerskich na pewno zainteresuje informacja, że w sezonie (maj-wrzesień) – w każdą niedzielę i dni świąteczne – Zamek Ogrodzieniec gości również przedstawicieli Bractwa Rycerskiego Ziemi Ogrodzienieckiej, którzy uprzyjemniają zwiedzanie swoimi pokazami walk oraz tańca dawnego. Pokazy odbywają się o godz. – 15.30, 17.00. Już od dawna planuję wybrać się na taką imprezę i może w tym roku mi się to uda 😉

W okresie od kwietnia do końca października na zamku organizowane są również Wieczory z Duchami.

Jak już wspominałam, w sali tortur można oglądać różne średniowieczne narzędzia tortur, ale i na zamkowym dziedzińcu głównym również stoją dyby – obowiązkowy rekwizyt każdego zamku :)

W dawnych zamkowych spichlerzach przy centralnym punkcie zamku – dziedzińcu, zwanym Pańskim umiejscowiona jest Karczma Rycerska. Tworzą ją trzy przechodnie sale: barowa, kominkowa, biesiadna. Specjalnością Karczmy jest: pajda wiejskiego chleba ze smalcem skwarkami i cebulką. Warto również spróbować grzańca korzennego oraz staropolskiego miodu pitnego. Niestety ja tych specjałów jeszcze nie kosztowałam, ale słyszałam, że warto się na nie skusić :)

Z oficjalnej strony zamku www.zamek-ogrodzieniec.pl wyczytałam kilka ciekawostek wartych zapamiętania, jak np. że są to największe najlepiej zachowane ruiny zamku w Polsce. Warto również odwiedzić tą stronę, by poczytać niezwykle interesujące legendy związane z Zamkiem Ogrodzieniec.                                                                                   Nie wszyscy pewnie wiedzą, ale unikatowy kompleks wapiennych skał wraz z ruinami Zamku Ogrodzienieckiego w Podzamczu często określany jest nazwą „Skalne miasto” – moim zdaniem to bardzo trafne określenie :)

W tzw. lamusie, pod salą kredencerską, przy zejściu do Kurzej Stopy umieszczone jest Muzeum Zamkowe. Znajdują się w nim makiety zamku – z czasów jego świetności i stanu obecnego, fotogramy z planu „Zemsty” Andrzeja Wajdy oraz znaleziska archeologiczne z zamku i okolic Góry Birów w Podzamczu. Dodatkowo zwiedzający mogą zobaczyć film obrazujący codzienne życie na Zamku Ogrodzienieckim w czasach kiedy był magnacką rezydencją – „Wirtualny Zamek”.

Po wizycie w Muzeum Zamkowym koniecznie należy też odwiedzić Zbrojownię:

Ciekawe eksponaty można tam zobaczyć :)

I jeszcze jedno zdjęcie zrobione w Zbrojowni 😉

Ilością zdjęć w tym wpisie pobiłam rekord, ale i tak jest ich niewiele biorąc pod uwagę, że pochodzą z czterech różnych wyjazdów, a z każdego wyjazdu przywożę ich mnóstwo :)

Uprzedzam, że jadąc tam należy zarezerwować sobie więcej wolnego czasu. Gruntowne zwiedzanie zamku i jego obejście wkoło jest czasochłonne, a  dodatkowo w pobliżu zamku znajdują się jeszcze inne atrakcje warte zobaczenia. U podnóża zamku usytuowany jest powstały w 2010 roku Park Zamków Jurajskich OGRODZIENIEC – można w nim zobaczyć makiety wszystkich jurajskich zamków z czasów ich świetności – oczywiście makieta Zamku Ogrodzieniec też tam jest. O parku tym już kiedyś opowiadałam – zainteresowane osoby odsyłam do mojego wpisu 9. Zaraz obok zamku jest też park linowy – coś dla miłośników skoków adrenaliny. I polecam również Górę Birów. Z zamku można ją dostrzec i zwiedzić kupując wspólny bilet wstępu, bądź tzw. Złoty Bilet (zapewnia on wspólne zwiedzanie Zamku Ogrodzieniec, Góry Birów i Parku Miniatur w niższej cenie). Ponownie uprzedzam, że zobaczenie tego wszystkiego zajmuje sporo czasu, niemniej jednak warto to zrobić. Ja do Podzamcza mam blisko, więc przyjemność zwiedzania dawkuję sobie stopniowo, ale jeśli ktoś przyjeżdża z daleka to na taki luksus raczej nie może sobie pozwolić.

Rozpisałam się dzisiaj, ale o tym zamku trudno się nie rozpisać, można by o nim opowiadać godzinami. Zainteresowanym nim osobom polecam oficjalną stronę zamku, na której znajdziecie mnóstwo ciekawych informacji o nim, zresztą ja też pozwoliłam sobie zaczerpnąć z niej informacje o jego historii i położeniu www.zamek-ogrodzieniec.pl

Żegnam się i tradycyjnie już na koniec zachęcam do czytania kolejnego wpisu, a o czym zdecyduję się opowiadać na razie sama jeszcze nie wiem 😉

39. Rzędkowickie Skały – miejsce, do którego lubię powracać…

WITAM SERDECZNIE na moim blogu :)

Myślę, że każdy z nas ma swoje ulubione miejsca na Ziemi, takie szczególnie bliskie sercu – miejsca, w których czujemy się szczęśliwi i do których lubimy powracać. Ja mam takich kilka !!! :) Z pewnością jednym z nich są Rzędkowickie Skały na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Odkryłam je stosunkowo niedawno, bo dopiero w czerwcu 2010 (wcześniej jedynie o nich słyszałam), ale od tej pory odwiedzam je często. Teraz wygrzewając się w ciepłym domku i zastanawiając, o czym by Wam tym razem opowiedzieć, postanowiłam znowu o „Rzędkach”. Zapytacie dlaczego – przecież jest jeszcze tyle innych interesującym miejsc na Jurze – to prawda – jest ich mnóstwo i stopniowo będę o nich opowiadała. Dzisiaj mam jednak ochotę ponownie na Rzędkowickie Skały – to miejsce urzekło mnie i za każdym razem będąc tam robię nowe zdjęcia. Inne światło, ujęcie, mój stan ducha i powstają zupełnie nowe kadry :)

Wyjazd ten miał miejsce dokładnie 2 września 2011. Jak co czwartek, popołudniu wsiadłam na mój stary, poczciwy rower i pojechałam relaksować się na Jurę. A miałam co odreagować – starszy syn powitał po wakacjach szkołę, a młodszy poszedł po raz pierwszy do przedszkola i to ja byłam tym faktem bardziej zestresowana od niego – przewrażliwiona mamuśka ze mnie wyszła 😉 Dzień już znacznie się skrócił, więc nie mogłam sobie pozwolić na to, by pojechać gdzieś dalej – niestety :( ale 23 km w jedną stronę, spacer wśród Rzędkowickich Skał i powrót do domu (ten sam dystans, tylko inna trasa), to był idealny plan na wrześniowe popołudnie :)

Na miejsce dotarłam szybko i bezproblemowo. To niesamowite, ale spacerując pomiędzy tymi białymi skałami poczułam się wolna, beztroska i pełna wiary, że wszystko jest możliwe. Nikt mi nie przeszkadzał, bo oprócz mnie nikogo tam nie było. Pogoda sprzyjała – było ciepło i słonecznie. To wrześniowe popołudnie okazało się być idealnym do spacerowania i podziwiania Jury – w takim miejscu nic tylko nabrać duuuuuużo powietrza w płuca i wypuścić je z odgłosem podziwu – ja tak robię;)

Skały Rzędkowickie budzą podziw!!! Zabrałam tam już kilka osób, które do tej pory ich nie znały i wszystkie, bez wyjątku były nimi oczarowane.

Pokazałam już kilka zdjęć, „powiedziałam” czym jest dla mnie to miejsce, próbuję Was do niego zachęcić, a tymczasem osoby niezorientowane pewnie nie mają zielonego pojęcia, gdzie w ogóle te skały się znajdują. Otóż w ramach przypomnienia – Rzędkowickie Skały znajdują się na wschód od wsi Rzędkowice, w gminie Włodowice na Wyżynie Krakowsko- Częstochowskiej i wraz ze Skałami Kroczyckimi i Podlesickimi są jednym z największych i najpiękniejszych skupisk ostańców na całej Jurze. Tworzą one łańcuch ostańców skalnych na długości ponad 1 km. Nie lubię tu na blogu powtarzać się i staram się tego nie robić, dlatego po resztę informacji na temat tych skał odsyłam do moich archiwalnych wpisów: nr. 6 Rzędkowickie Skały (tam opisuję jak po raz pierwszy do nich dotarłam), nr 16 Rzędkowickie Skały jesienią ( próbowałam pokazać jak pięknie jest na Jurze jesienią) i nr. 27 Ruiny Cegielni w Mrzygłodzie ( tytułowa Cegielnia była pierwszym etapem wycieczki, a ostatnim „Rzędki”).

Znajdujące się tam skały przybrały różnorodne i ciekawe kształty – poniżej Turnia Lechwora, największy wapienny ostaniec w masywie Skał Rzędkowickich :)

Na kolejnym zdjęciu Okiennik Rzędkowicki – moim zdaniem jeden z najciekawszych ostańców skalnych na całej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej (we wpisie 16 też możecie go zobaczyć) :)

I jeszcze jeden kadr z tego malowniczego miejsca na Jurze :)

Mam nadzieję, że nie przynudzałam za bardzo i obiecuję, że następnym razem pokażę Wam coś zupełnie nowego (już nawet wiem, co to będzie 😉 ).

Zima zaatakowała i mrozy nie odpuszczają, więc uważajcie na siebie i ciepło się ubierajcie :)

POZDRAWIAM CIEPLUTKO !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :) :) :)

Wpis archiwalny – styczeń 2012

38. Zbiornik Włodowice

WITAM po raz pierwszy w 2012 Roku !!! :)

Pożegnanie Starego Roku i powitanie Nowego to taki wyjątkowy – przełomowy czas. Ja nadal jestem pod jego wpływem i tak, jak większość z nas zrobiłam podsumowanie tego, co minęło i poczyniłam również postanowienia noworoczne – teraz mam nadzieję, że pomyślnie uda mi się je zrealizować. Oczywiście nadzieja to nie wszystko – do realizacji trzeba konsekwentnie dążyć i ja postanawiam sobie być konsekwentną w tych dążeniach. Nie będę się tu rozpisywała o wszystkich moich postanowieniach noworocznych, tym bardziej, że niektóre z nich są bardzo osobiste – lepiej więc będzie jeśli pozostaną one w mojej głowie i na kartce papieru bezpiecznie schowanej 😉 Chciałabym jednak podzielić się z Wami tymi postanowieniami, które dotyczą mojej fotograficzno-turystycznej pasji. Otóż tak jak i w poprzednich latach chciałabym nadal rozwijać się w tym kierunku – poznawać nowe miejsca, odwiedzać te znane mi od lat, robić dużo zdjęć (coraz lepszych zdjęć), latem przemierzać na rowerze Jurę Krakowsko-Częstochowską i nadal promować ją na “moich” forach fotograficznych, a także tworzyć tu nowe wpisy. Wszystko to jest jak najbardziej realne do osiągnięcia, tylko wymaga czasu i zaangażowania. Patrząc dalej w przyszłość chciałabym poznać dokładnie cały obszar Jury Krakowsko-Częstochowskiej, a że nie od razu Rzym zbudowali zamierzam konsekwentnie do tego dążyć.

I dzisiaj po kilku wpisach, poświęconych atrakcjom Dolnego Śląska i wizycie w Republice Czeskiej, powracam do tematyki jurajskiej – tej szczególnie bliskiej memu sercu. Jura to obszar w południowej części Polski, ciągnący się pasem pomiędzy Krakowem, a Częstochową. To niezwykle urozmaicony historycznie, przyrodniczo i kulturowo region Polski – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Przez obszar ten poprowadzono wiele różnych szlaków turystycznych, ze Szlakiem Orlich Gniazd na czele. Wędrując nim możemy poznać pozostałości po dawnych warowniach, które teraz są malowniczymi ruinami, a także zobaczyć różne formacje skalne, które przybrały ciekawe kształty. Dzisiaj jednak będąc w takim nostalgicznym nastroju, nie będę opisywała żadnego zamku, ani spacerowała wśród skał, tylko zabiorę Was do miejsca, gdzie można się rozmarzyć i oddać refleksji. I zanim rozpiszę się o nim dokładniej zaznaczam, że z pozoru to miejsce jakich wiele, ale po otwarciu szerzej oczu można dostrzec jego niepowtarzalny urok – ja odkryłam go pewnego wrześniowego dnia (zdjęcia i wrażenia pochodzą właśnie z tego wyjazdu) :)

Zbiornik (zalew) Włodowice, bo o nim mowa znajduje się w województwie śląskim, powiecie zawierciańskim, gminie Włodowice, pomiędzy Włodowicami, a Rudnikami i położony jest przy drodze do Zawiercia. To sztuczny zbiornik o powierzchni ok. 2 ha, otoczony przez lasy.

W ciągu moich ostatnich trzech sezonów rowerowych wielokrotnie przejeżdżałam obok niego na rowerze np. jadąc do Mirowa, Bobolic, Morska, Skarżyc, czy Skał Kroczyckich, Podlesickich i Rzędkowickich, ale nigdy tam nie przystawałam, bo szkoda mi było na to czasu, zresztą tłumy letników nie zachęcały mnie do tego. Dopiero w zeszłym roku (dokładnie 22 września), gdy dzień już znacznie się skrócił i trudno było gdzieś dalej pojechać, zdecydowałam się za cel mojej wycieczki obrać sobie to miejsce.

Bez problemu dojechałam do niego (trasa: Poręba – Mrzygłód – Kopaniny – Zbiornik Włodowice), a następnie zeszłam z roweru i obeszłam go wkoło. I tak jak już pisałam – na pierwszy rzut oka zbiornik jakich wiele, ale spacerując tam stwierdziłam, że to niezwykle urokliwe miejsce.

A że słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi wytworzył się romantyczno-nostalgiczny nastrój:

Zawsze uwielbiałam zachody słońca nad jeziorami – w takiej scenerii można rozmarzyć się na całego 😉

Oczywiście w okresie wakacyjnym o rozmarzeniu można zapomnieć – jest tam naprawdę gwarno 😉

Urząd Gminy we Włodowicach zadbał o to, by przybywający tu miłośnicy kąpieli wodnych i słonecznych byli zadowoleni – nowy parking, miejsca do biwakowania i rozpalenia ogniska, altanki z ławeczkami, plac zabaw dla dzieci – wszystko to przyciąga mieszkańców okolicznych miejscowości i turystów. A gdy przebywanie nad wodą znudzi się, można wybrać się na spacer do lasu i obcując z leśną przyrodą odpoczywać od stresów dnia codziennego. Ja preferuję jednak bardziej aktywny wypoczynek, więc o ile latem omijałam to miejsce, jesienią wybrałam się tam z wielką przyjemnością :)

Ważne jest, że zalew we Włodowicach znalazł się na liście zbiorników wodnych, w których Powiatowy Inspektor Sanitarny przebadał wodę, co gwarantuje bezpieczne korzystanie z wodnych kąpieli bez narażania zdrowia. Na zalewie wyznaczono także miejsce do kąpieli, gdzie nad bezpieczeństwem kąpiących się osób czuwa ratownik :)

I jeszcze jedno zdjęcie z klimatem i opuszczam to miejsce – do domu miałam prawie 20 km (dla odmiany wracałam przez Rudniki) i pasowało wrócić zanim całkiem się ściemni 😉

Wróciłam zadowolona z wycieczki, chociaż i smutno mi się zrobiło, bo to był już przedostatni rowerowy wyjazd w zeszłym roku, a do wiosny było daleko. Teraz wspominając to mam już znacznie bliżej 😉

Zapraszam do czytania kolejnego wpisu, który też będzie wspomnieniami i chyba też z Gminy Włodowice :)

POZDRAWIAM i powodzenia w realizacji noworocznych postanowień życzę 😉

Wpis archiwalny – styczeń 2012

31. Brama Twardowskiego i Zamek Ostrężnik

WITAM CIEPLUTKO i chyba już po raz ostatni w okresie wakacyjnym :)

Zafascynowana pięknem Jury regularnie co tydzień wsiadam na mój rower i docieram do różnych jej zakątków (zarówno tych znanych mi, jak i takich, których jeszcze do tej pory nie poznałam). Pogoda tego lata nie rozpieszcza nas, ale ja już na to nie zwracam uwagi i ruszam w  teren korzystając z mojego wolnego – rowerowego popołudnia. Tym razem wybrałam się do Złotego Potoku, bo dawno tam już nie byłam, a atrakcji turystycznych jest tak wiele, że wprost nie sposób zobaczyć wszystkiego w ciągu jednego dnia, zwłaszcza jeśli wyrusza się z domu o godz.15.00, jedzie na rowerze w jedną stronę ponad 25 km, a o 21.00 trzeba być już z powrotem w domu. Zdecydowałam więc, że tym razem zobaczę Bramę Twardowskiego i Zamek Ostrężnik, a resztę atrakcji zostawię sobie na kiedy indziej :)

Tego dnia pogoda była dla mnie łaskawa, bo po kilku deszczowych dnia w końcu przestało padać, a nawet pojawiło się słonko. Bez problemu dojechałam do Żarek, a następnie nakierowałam się na Janów – będąc już w Złotym Potoku odbiłam w drogę lokalną do Siedlca i po przejechaniu 900m tuż przy tej drodze, w lesie dojrzałam prześwitujące skałki – wśród nich bez problemu odnalazłam Bramę Twardowskiego:

Brama Twardowskiego to symbol terenu północnej Jury nazwany tak przez Zygmunta Krasińskiego. Ostaniec związany jest z legendą o czarnoksiężniku Twardowskim, który dosiadając koguta odbił się od skały i poszybował na Księżyc, wybijając w wapieniu dziurę. Geologicznie to wapień skalisty powstały w okresie jury na dnie ciepłego morza z wapiennych szczątków obumarłych organizmów. W epoce górnej jury doszło tu do odsłonięcia płyty wapiennej z morza, a w górnej kredzie do ponownej transgresji morskiej, która doprowadziła do wypłukania skał i utworzenia jaskiń. Pod koniec kredy, w wyniku ruchów laramijskich obszar został wydźwignięty, a w środkowym miocenie doszło do nasilenia ruchów tektonicznych, dzięki czemu fragment podziemnej jaskini został wypiętrzony. Z czasem skała została obrobiona przez deszcze przyjmując postać bramy. Skała już za czasów Krasińskich w 1857r. została udostępniona turystycznie poprzez wybudowanie do niej drewnianych schodów. Podczas wojny obronnej w 1939r. w jej okolicy toczyły się krwawe boje Armii Kraków z hitlerowskim najeźdźcą.

Dzisiaj Brama Twardowskiego przyciąga turystów swoją oryginalnością i pięknem – jest jedną z głównych atrakcji Złotego Potoku i okolicy :)

Ten bardzo ciekawy, potężny i charakterystyczny ostaniec wygląda pięknie o każdej porze roku – teraz zapałałam chęcią odwiedzenia go ponownie jesienią i zimą……..  i jeśli tylko mi się to uda, to dorzucę tu jeszcze jego zdjęcia w jesiennej lub zimowej szacie :)

Punkt pierwszy programu zaliczony, więc wsiadłam na rower i pojechałam z powrotem do drogi 793 i z niej odbiłam na szlak rowerowy biegnący Doliną Wiercicy (obszar Rezerwatu Parkowe) w kierunku Zamku Ostrężnik. Po drodze mijam różne ciekawe formy skalne – właśnie ta okolica słynie z ciekawych form skalnych rozsianych wśród pięknych lasów liściastych. W odróżnieniu od Skał Rzędkowickich, czy Podlesickich tutejsze skały toną w mroku koron wysokich drzew.

Jedną z charakterystycznych form tego terenu jest grupa skał nazwana przez Zygmunta Krasińskiego – Diabelskie Mosty. Skały mają ponad 15 m wysokości i podzielone są szerokimi szczelinami. Ze skałami związana jest legenda mówiąca o diable, który wpadł w te szczeliny skalne i zaklinował się wypatrując Twardowskiego na księżycu.

I poniżej jedno z kilku zdjęć jakie zrobiłam w tym miejscu:

Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie mi się tamtędy jechało, a z licznych tablic informacyjnych można się dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy o tym terenie. I tak jadąc dotarłam do ukrytych w lesie ruin tajemniczego zameczku:

A tajemniczego, bo nieznana jest bliżej historia powstania ostrężnickiego zamku. Powszechnie uważa się, że wzniesiono go z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku jako kolejne ogniwo w łańcuchu jurajskich warowni – orlich gniazd, strzegących południowych rubieży Rzeczypospolitej. Hipoteza takowa poparta jest faktem, że położona nieopodal wieś Trzebniów, zanim przeszła na początku XV stulecia w posiadanie rodu Kobyłów, stanowiła wcześniej własność królewską. Być może budowla nigdy nie została ukończona i nikt w niej nie mieszkał. Niektóre źródła wspominają, że mogła się w niej mieścić siedziba rozbójników albo więzienie, w którym królowie trzymali bez sądu swych przeciwników politycznych.

W skład kompleksu obronnego wchodził zamek górny i przypuszczalnie przedzamcze. Położony na wapiennej skale zamek górny miał regularne założenie o powierzchni około 1200 metrów kwadratowych. W północno-zachodniej części dziedzińca znajdował się budynek mieszkalny wzniesiony na planie prostokąta o wymiarach ok. 30×10 metrów. Od południa stała wysunięta przed lico murów czworoboczna baszta. Całość otoczono murem o długości 144 i grubości 1,6-2 metry. Wjazd prowadził z przedzamcza od strony zachodniej, obok skał łączących zamek z podgrodziem. Być może przejazd wiódł po przerzuconym nad fosą drewnianym moście. Skała, na której wznosił się zamek górny jest stroma i niedostępna od północy i od zachodu. Od strony południowej oraz wschodniej spadek wysokości terenu przebiega łagodniej i tam rozwinęło się pełniące funkcje gospodarcze przedzamcze. Miało ono powierzchnię ok. 2000-7000 metrów kwadratowych i otoczone było ziemnym wałem umocnionym palisadą. Całość obiegała mokra fosa. Wjazd na teren zamku prawdopodobnie znajdował się w przerwie między wałami, w południowo-wschodniej części założenia. (znalezione w internecie)

Miejscowe podania mówią, iż Ostrężnik przez długi okres czasu był siedzibą zbójników a w podziemiach zakopane są ich łupy. Przy ich podziale bowiem doszło do kłótni i zbóje wymordowali się nawzajem. Inne legendy opowiadają o tajnym więzieniu w Ostrężniku, w którym trzymano bezprawnie wielu możnowładców. Podobno gdyby dostać się do podziemi można by odkryć wiele szkieletów więzionych tu osób. Niektórzy opowiadają że po zmroku można ujrzeć białą zjawę przechodzącą od zamku górnego do jaskini ostrężnickiej.                                                                                                                        Inny skarb pochodzi z XIX w. Podobno w czasie powstania styczniowego w 1863 r. po przegraniu bitwy pod Śmiertelnym Dębem (oddalonym o 10 km od zamku), powstańcy ukryli tutaj dokumenty i skarb powstańczy. Nikomu nie udało się ich odnaleźć.          Ostrężnicki zamek znajduje się w lesie na wzgórzu ze skałą. Z zamkiem sąsiaduje inna wapienna skała z jaskinią, która łączyła się z nim korytarzami. W ogóle podziemnych korytarzy było tu więcej, ale zostały już zasypane.

Z jaskinią ostrężnicką związane są odrębne legendy. Jedna z nich mówi o chłopcu, który znalazł głęboko w jaskini skarb. Wcześniej nikt się tam nie zapuszczał bo podobno skarbu pilnował sam diabeł. Wnętrze jaskini było wtedy zagrodzone masywnymi wrotami, które zatrzasnęły się nagle za wychodzącego chłopcem i przycięły mu piętę. Od niego ma wywodzić się miejscowa rodzina Piętaków.

Z niegdyś murowanego zamku do czasów nam współczesnych przetrwały skromne fragmenty murów o wysokości nie przekraczającej jednego metra, oraz relikty czworobocznej baszty. Widoczne są również otaczające podzamcze ziemne wały. Cały teren porośnięty jest młodym, gęstym lasem.                                                                 Skała, na której wzniesiono warownię stanowi częsty cel wycieczek grotołazów (dzięki wspomnianej przeze mnie wcześniej  jaskini ostrężnickiej).

Zafascynowana ciszą, spokojem (oprócz mnie nikogo więcej tam nie było) i tajemniczością miejsca straciłam poczucie czasu i gdy zerknęłam na zegarek i zobaczyłam 19.30 nie pozostało mi już nic innego jak tylko dosiąść “mojego rumaka” i pogalopować do domu 😉

Po drodze zatrzymałam się tylko na ekspresowe zjedzenie batonika i pstryknięcie kilku fotek zachodzącemu słonku (no nie mogłam się powstrzymać 😉 ):

Do domu dojechałam w rekordowym dla mnie tempie – zmęczona, ale z wyjazdu bardzo zadowolona (zresztą ja zawsze jestem zadowolona 😉 )

Zachęcam Was do czytania kolejnych wpisów i poznawania uroków Jury :)                 A jeśli tylko moje wakacyjne plany wypalą, to w kolejnych wpisach będę opowiadała o innym regionie Polski :)

POZDRAWIAM !!!!!! :)

Wpis archiwalny – sierpień 2011

30. Na jurajskim szlaku: Suliszowice

WITAM SERDECZNIE z wakacyjnego jurajskiego szlaku :)

Tym razem na moim rowerze wybrałam się do Suliszowic (województwo śląskie, powiat myszkowski, gmina Żarki), by (może dziwnie to zabrzmi 😉 ), ale upewnić się, że znajdujących się tam ruin strażnicy nie da się zobaczyć na własne oczy. Osoby czytające mojego bloga pewnie pamiętają, że docierałam już na rowerze do trzech strażnic: w Łutowcu, w Ryczowie i w Przewodziszowicach …… i do tego kompletu brakowało mi jeszcze tylko tej w Suliszowicach. Słyszałam już wcześniej i w internecie też to można wyczytać, że od lat 70-tych XX w. znajduje się ona na prywatnym, ogrodzonym terenie. Ja jednak jestem taki “Tomasz niedowiarek”- jak czegoś sama nie sprawdzę, to nie uwierzę. Pojechałam więc z takim nastawieniem, że jak nie uda mi się jej zobaczyć, to chociaż zobaczę inne znajdujące się w  tej okolicy skałki, pooddycham czystym “jurajskim powietrzem” i pojeżdżę sobie na rowerze, więc i tak wyjazd nie będzie zmarnowany.

Pogoda niestety znowu nie za fajna – czarne chmury wiszą mi nad głową, ale ja już uodporniłam się i nie zważając na to regularnie co tydzień pokonuję zaplanowaną trasę (a dyżurny płaszcz przeciwdeszczowy wożę w plecaku- na wszelki wypadek i ku odstraszeniu). Tuż przed Myszkowem łapie mnie pierwszy deszcz, ale zamiast zakładać płaszcz postanawiam przeczekać go pod zadaszeniem i faktycznie po chwili przechodzi- wsiadam na rower i jadę już bezdeszczowo aż do Żarek, a za Żarkami kieruję się na Janów, ale tylko kawałek jadę tą drogą, bo tuż przed Zawadą odbijam w drogę do Jaroszowa, a następnie do Suliszowic.

I nagle, w oddali, w polach widzę pierwsze skałki – postanawiam więc podjechać do nich bliżej:

Nie pada, skałki nie ogrodzone, żadnych turystów, ani groźnych psów na horyzoncie, więc rower zostawiam w rowie i w spokoju sobie spaceruję i fotografuję (o tych psach to taka aluzja do poprzedniego wpisu 😉 ):

Jura to naprawdę kraina pełna uroku – uwielbiam zwiedzać jej zakamarki:

Zafascynowana światem biologii obserwuję też kwiaty na łące i je fotografuję:

Na kolejnym zdjęciu uroczy chwast z pracowitą pszczółką:

Tego dnia było wyjątkowo dużo motyli – niestety były też bardzo ruchliwe i sporo trudności przysporzyło mi zrobienie im jakichkolwiek zdjęć:

Poniżej prawdziwe oblężenie:

I jeszcze jedno zdjęcie zrobione w tym miejscu – tym razem w roli głównej dmuchawiec:

No dobrze-” komu w drogę, temu czas”- wsiadam znowu na rower i jadę już do samych Suliszowic. W centrum wsi, bez problemu znajduję tablicę informacyjną o strażnicy i niestety jest dokładnie tak jak wyczytałam w internecie- znajduje się na prywatnym terenie- nawet zza ogrodzenia nic nie można dojrzeć, a groźne psy ostrzegają przed ewentualnym wejściem na teren (zresztą nie zamierzam tego robić). W samych Suliszowicach oprócz tej strażnicy znajduje się jeszcze kilka innych ostańców skalnych, ale niestety wszystkie są na prywatnych posesjach – pokręciłam się trochę po wsi i nie pozostało mi nic innego jak tylko wracać do domu, tym bardziej, że już zaczynało się robić późno, a niebo straszyło.

W centrum Żarek zatrzymałam się jeszcze na chwilkę pod znajdującym się tam pomnikiem Ludwika Rocha Gietyngiera (polski duchowny katolicki, błogosławiony Kościoła katolickiego – urodzony 16 sierpnia 1904 właśnie w Żarkach):

Tym razem niebo nie było dla mnie łaskawe i zamiast na koniec wycieczki obdarować mnie pięknym zachodem słońca – zmoczyło mnie deszczem :( Do domu wróciłam ubłocona, ale i tak bardzo zadowolona z tej wycieczki :)

Na koniec muszę Was ostrzec – JURA JEST NIEBEZPIECZNA – UZALEŻNIA !!!           Ja już jestem uzależniona od niej totalnie i żaden odwyk mi nie pomoże- mało tego cieszę się, że mam akurat takie uzależnienie :)

POZDRAWIAM WSZYSTKICH SERDECZNIE !!!

Wpis archiwalny – lipiec 2011

Edycja wpisu: 2 styczeń 2014

Z tego wyjazdu nie przywiozłam żadnych ciekawych zdjęć zrobionych w Suliszowicach i jak dotąd nie udało mi się ponownie tam pojechać, ale niedawno, w grudniu 2013 roku dostałam kilka zdjęć od wieloletniego mieszkańca tej miejscowości, Pana Jacka Kamińskiego.

Wdzięczna za zdjęcia i cenne informacje odnośnie Suliszowic dodaję zdjęcie zabytkowej studni w Suliszowicach autorswa Pana Jacka Kamińskiego.

Pozdrawiam serdecznie Pana Jacka z żoną :)

 

29. Na jurajskim szlaku: Przybynów

WITAM cieplutko i wakacyjnie !!!

W poprzednim wpisie opowiadałam o moich poszukiwaniach znajdującej się niedaleko Żarek (w Przewodziszowicach) strażnicy, a dzisiaj zrelacjonuję Wam moją kolejną wycieczkę rowerową w okolice Żarek.

Pogoda nie za fajna (no niestety nie co tydzień mi dopisuje), czarne chmury straszą deszczem, ale ja i tak jadę. Tym razem za cel mojej wycieczki obrałam sobie Przybynów (wieś niedaleko Żarek , w powiecie myszkowskim, województwie śląskim). Przybynów słynie obecnie z postoi pielgrzymek idących na Jasną Górę – sama zresztą będąc w szkole średniej chodziłam na pielgrzymi i właśnie w Przybynowie mieliśmy nocleg, a stamtąd szliśmy już prosto do Częstochowy. Od tamtej pory nie byłam w Przybynowie , a teraz naszła mnie taka “sentymentalna ochota” , by po latach odwiedzić tą miejscowość i zobaczyć co się w niej zmieniło. Bez problemu dojeżdżam do Żarek, a następnie odbijam w drogę prowadzącą do Przybynowa. Ruch niewielki, a jeszcze dodatkowo wzdłuż drogi zrobiono ścieżkę rowerową, więc jedzie mi się bardzo przyjemnie- nawet te groźne chmury gdzieś znikły i rozpogodziło się- hura :)   Dzielnie pokonuję ostatnie wzniesienie i wjeżdżam do wsi- centralnie przed sobą mam kościół św. Mikołaja.

Kościół pochodzi z 1569 r. prawdopodobnie fundacji Myszkowskich. Wybudowany został na miejscu starszego drewnianego kościoła z 2 poł. XIII lub pocz. XIV w. wzmiankowanego w 1306 r. Murowany kościół został wybudowany w stylu renesansowym i posiadał od frontu wieżę krytą piramidalnym prostym zwieńczeniem. Dach tego kościoła kryty był gontem a zamiast sklepienia wykonano pułap.

W 1770 r. został znacznie rozbudowany i przebudowany w stylu barokowym staraniem ks. Marcina Koźlickiego i fundacji hr. Adama Męcickiego starosty bodaczowskiego. Konsekracji wyremontowanego kościoła dokonał biskup sufragan gnieźnieński Ignacy Kozierowski w dniu 22 lipca 1777 r. Na szczególną uwagę wyposażenia wnętrz zasługuje obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, który podobno miał ufundować miejscowemu kościołowi sam król Jan III Sobieski.

Pamiętam go doskonale (kościół, nie króla Sobieskiego 😉 ) . Oczywiście wchodzę do środka, by przez chwilę się pomodlić, a następnie obchodzę wkoło i robię kilka zdjęć. Zaraz obok kościoła znajduje się lipa szerokolistna-pomnik przyrody i plebania, a niedaleko tej plebani pole, na którym zawsze rozbijaliśmy nasze namioty …… to były czasy……. miło to wszystko wspominam :) Obserwuję co się pozmieniało- pole zarośnięte chaszczami (ale to jeszcze nie sezon pielgrzymkowy, więc może później zostanie oczyszczone ), a niegdyś piaszczysta droga została pokryta asfaltem (przynajmniej tak mi się wydaje, że dawniej tego asfaltu nie było). Na wschód od centrum wsi znajduje się Dębowa Góra (390 m n.p.m.) a nieco bardziej na północ wzgórze Kamień.

Obydwa wzniesienia zwieńczone są skałami ostańcowymi, które są najbardziej wysuniętymi na zachód formami tego typu w okolicy Żarek- widzę je z daleka i postanawiam podjechać do nich bliżej.

I tu niemiła niespodzianka- skałki zostały ogrodzone i teraz znajdują się na prywatnym terenie :( Niezrażona tym jednak postanawiam polną drogą podjechać do nich bliżej.

I tak podjeżdżając zauważyłam piękne polne kwiaty, które mnie zachwyciły…….  i zachęcona przez pewną osobę (tak, tak Iwonko właśnie Ciebie mam na myśli 😉 ) postanowiłam porobić jakieś makro:

Poniżej kolejny skąpany w letnim słonku kwiatuszek:

A jeszcze niżej uroczy chrabąszczyk majowy:

I gdy tak namiętnie oddałam się fotografowaniu nagle mój spokój zakłóciły trzy groźne psy, które chyba wydostały się z tego ogrodzonego terenu i biegły w moim kierunku. Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko powoli wycofać się do tyłu, osłaniając rowerem …… a adrenalina podskoczyła mi wysoko :( Z kolejnych prób zbliżenia się do tych skałek już zrezygnowałam.

Osobom, które chciałyby zobaczyć jurajskie ostańce radze wybrać się w jakieś inne miejsce na Jurze np. na Górę Zborów, czy Rzędkowickie Skały :) Ja jednak nie żałuję, że tam pojechałam, bo na rowerze jechało mi się bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że pogoda sprawiła mi miłą niespodziankę i zamiast deszczu wyszło słonko :) Po za tym fajnie jest odwiedzić po latach znane miejsce, zobaczyć co się zmieniło i powspominać sobie ….. ten wyjazd dostarczył mi sporo wrażeń :)

Do Żarek powróciłam tą samą drogą- mijając uroczą i zadbaną kapliczkę przydrożną, przy której się zatrzymałam na chwilkę:

A na sam koniec wycieczki- niebo, które tak bardzo lubię obserwować zachwyciło mnie swoimi kolorami:

I jeszcze jeden zachodzik przerobiony na “słoneczny obraz”, którym to żegnam się dzisiaj z Wami:

MIŁEGO WAKACYJNEGO WYPOCZYNKU WSZYSTKIM ŻYCZĘ – super pogody i wielu niezapomnianych (pozytywnych) wrażeń !!! aha i uważajcie na groźne psy 😉

Wpis archiwalny – czeriec 2011

28. Strażnica w Przewodziszowicach

Mój sezon rowerowy w toku – regularnie co tydzień wsiadam na mój rowerek i jedno popołudnie spędzam na nim, a także na zwiedzaniu i robieniu zdjęć. Już nawet nie zwracam uwagi na groźnie wiszące w powietrzu chmury i grzmoty, byle tylko wyrwać się z domu i zrelaksować przy robieniu tego, co najbardziej lubię. Mój rozbrykany 3latek nieźle mi daje popalić, a spowodowana wakacjami obecność starszego syna w domu i ciągłe wali z młodszym doprowadzają do nerwicy – samotny relaks w plenerze jest więc jak najbardziej wskazany dla mojego zdrowia psychicznego.

Na moim blogu opowiadałam już o pozostałościach po dwóch strażnicach jurajskich- Strażnicy w Łutowcu (wpis nr. 18) i Strażnicy w Ryczowie (wpis nr. 22), a dzisiaj postanowiłam, że opowiem o kolejnej- Strażnicy w Przewodziszowicach (obecnie dzielnica Żarek, gmina Żarki, powiat myszkowski, woj. śląskie), do której udało mi się dojechać. W Żarkach byłam już wielokrotnie, ale tej ruiny nie widziałam wcześniej na własne oczy.

Pogoda piękna, więc wsiadam na rower i jadę – Poręba- Mrzygłód – Myszków- Żarki. Niestety trasą nie jestem zachwycona, bo począwszy od Mrzygłodu jadę poboczem dosyć ruchliwej drogi (droga nr. 791), a przeprawienie się przez Myszków w godzinach szczytu też do przyjemności nie należy i dlatego zniechęcona tym ruchem, tuż za Myszkowem odbijam w taką mało ruchliwą, asfaltową drogę do Jaworznika (będzie trochę dalej, ale za to przyjemniej). Po drodze mijam stawy, a nst. wyjeżdżam na drogę Żarki-Kroczyce (nr. 792). I jestem zadowolona z tej decyzji, bo przy tej drodze, tuż przed Żarkami znajdują się ruiny kościoła św. Stanisława biskupa – męczennika.

Kościół ten zbudowany został przed 1782 rokiem z łamanego kamienia wapiennego, na wzgórzu Laskowiec, w miejscu starej drewnianej kaplicy, gdzie – jak głosi podanie – położona była też ówczesna osada Żarki. Obiekt wzmiankowany był w 1595, 1748 i 1763 roku, jako przydrożna drewniana kaplica, przy ważnym trakcie handlowym prowadzącym z Krakowa do Częstochowy. Od połowy XIX wieku kościół był już w ruinie. W latach 1982-1983, dzięki członkom Towarzystwa Przyjaciół Żarek, kościół został odgruzowany, ponadto przeprowadzono badania archeologiczne, w wyniku których odkryto pochówki, datowane na drugą połowę XV wieku. W 1989 roku dokończono prace, wypełniając ubytki murów i zabezpieczając ich koronę.

Pochodzenie kościoła wiąże się być może z wcześniejszym kultowym przeznaczeniem tego wzgórza, a później z miejscem grzebalnym. Ludowe podanie mówi też, że świątynię ufundował bogaty rycerz, jako wotum za szczęśliwy powrót z wyprawy wojennej.

Miejsce wyjątkowo zadbane- czyściutko, ławeczki, tablice informacyjne- warto się tam zatrzymać. Fajnie zregenerowana jadę dalej, ale po chwili znowu się zatrzymuję, bo moją uwagę zwraca potężne drzewo. Jest to legendarna “Babka” – długowieczna lipa drobnolistna, którą w 1954 r. wpisano na listę pomników przyrody. Miała wówczas 18 m wysokości i ok. 4,5 w obwodzie. Liczy ponad 500 lat.
Rośnie na rozstaju tzw. Starej Drogi i nowej prowadzącej z Żarek do Jaworznika, gdzie- jak głosi podanie – położona była ówczesna osada Żarki.

O tej lipie krążą różne podania.
Jedno z nich głosi, iż król Jan III Sobieski, zdążając z wojskiem z Krakowa do Częstochowy na Jasną Górę, przed wyprawą na Wiedeń w 1683 r., tu odpoczywał i pisał jeden ze słynnych listów do Marysieńki :)

I teraz już koncentruję się na odnalezieniu mojej docelowej strażnicy. W internecie wyczytałam, że te ruiny znajdują się niedaleko Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej, więc tam się kieruję. Korci mnie by zatrzymać się w Sanktuarium, ale obawiam się, że jeżeli za długo tam zabawię, to mi zabraknie czasu na strażnicę, a z nią nie jest taka prosta sprawa, bo muszę ją najpierw odnaleźć i nawet w internecie wyczytałam, że nie jest to takie łatwe. Sanktuarium więc zostawiam sobie na deser i jadę dalej do końca Przewodziszowic. I gdy już asfaltowa droga i domy kończą się pojawia się pytanie- co dalej ??? Jest co prawda słupek z drogowskazem, ale nic tam nie pisze o tej strażnicy- stoję jak głupia i nie wiem którą z trzech dróg w las wybrać. W końcu decyduję się na niebieski szlak do Czatachowej, bo jakoś tak najbardziej mi pasuje (niestety moja mapa nie jest za dokładna- koniecznie muszę sobie kupić dokładniejszą ) . I jadę, jadę, jadę, a strażnicy jak nie widać tak nie widać- za to pojawia się Czatachowa i teraz już wiem, że wybrałam złą drogę. Zawracam i jadę z powrotem do Przewodziszowic – przejeżdżając ponownie obok jakiejś piaskowni :

5 km na darmo i sporo czasu zmarnowanego, bo po piaszczystej drodze nie dało się jechać i musiałam rower prowadzić. Teraz już nie ryzykuję, bo zostały jeszcze dwie drogi, tylko pytam się miejscowych o tą strażnicę i dzięki nim wiem już którędy jechać – jadę więc czarnym szlakiem rowerowym (razem z nim prowadzi żółty i niebieski dla pieszych) i po kilku minutach docieram do polanki- a na niej stoi potężna skała z fragmentem kamiennej ściany.

Jest to pozostałość strażnicy w postaci wieży mieszkalno – obronnej i być może dostawionego do niej budynku. Warownia składała się z części górnej, murowanej i dolnej z budynkami drewnianymi. Zachował się fragment murów wieży oraz resztki fosy. Mur wyrównuje pion skały, zwiększając powierzchnię podstawy wieży. Wejście do niej prowadziło drabiną o wysokości 15 m. Zamek górny posiadał powierzchnię ok. 125 m2 i mógł być opasany przez mur obronny, tworząc tam dziedziniec. Część dolna była podzielona jakby na 3 części – majdany gospodarcze, chronione palisadą o dł. ok. 300 m z wjazdem od północy.

Strażnica ta została zbudowana w pierwszej połowie XIV w. przez Kazimierza Wielkiego. Wraz ze strażnicami w Suliszowicach i Lutowcu a może i zamkiem w Ostrężniku stanowiła doskonały system obronny ówczesnego państwa Polskiego. Być może jednak ich historia była całkiem inna i strażnice te były zbudowane przez księcia opolskiego Władysława przeciw państwu polskiemu – wśród historyków nie ma jednomyślności w tej kwestii. Wiadomo jednak że strażnica została opuszczona już za czasów Władysława i przekazana w prywatne ręce. W latach 1426-54 należała do Mikołaka Kornicza. Prace zabezpieczające przeprowadzono w latach 60-tych XX wieku. (znalezione w internecie)

Legendy mówią iż wielkie skarby Kornicza zostały ukryte w szczelinie skalnej nie opodal zamku, inni twierdzą że ukryto je w studni zamkowej, która istnieje podobno do dziś, nieco oddalona od skały zamkowej. Zasypana jest jednak kamieniami. W mgliste poranki pojawia się nad nią cień postaci z kapturem na głowie. Jest to ponoć pokutujący Kornicz pilnujący swoich łupów.

To piękna pamiątka po odległej, kryjącej wiele tajemnic historii – piękna jurajska perełka, którą warto zobaczyć. Obeszłam, obfotografowałam ją, odpoczęłam chwilkę i zadowolona ruszyłam w drogę powrotną do domu.

Niestety zrobiło się późno i sanktuarium musiałam sobie darować. Osoby które chciałyby się coś więcej o nim dowiedzieć odsyłam do mojego starszego wpisu (wpis nr. 7 “W Żarkach”) . Tam znajdziecie też kilka innych ciekawych informacji o Żarkach. To bardzo interesujące miasteczko- sama ciągle coś nowego w nim odkrywam i mam powody by do niego wracać :)

A tymczasem wracam do domu – zachwycając się pięknie zachodzącym słoneczkiem :)

Wyjazd oczywiście zaliczam do udanych i bardzo owocnych, bo oprócz tego, że udało mi się świetnie zrelaksować i odnaleźć tą strażnicę, to jeszcze podłapałam pomysły na kilka innych wycieczek rowerowych w tym kierunku i teraz będę je wcielała w życie :)

POZDRAWIAM WSZYSTKICH MOICH SYMPATYKÓW 😉

Wpis archiwalny – czerwiec 2011

27. Ruiny Cegielni w Mrzygłodzie

Kolejny wpis i kolejna wyprawa rowerowa, tylko tym razem w zupełnie innym kierunku, chociaż trasą doskonale mi znaną, bo w zeszłym roku często tamtędy jeździłam na Jurę i trasa ta była moją ulubioną: Poręba- Mrzygłód- Kopaniny- Włodowice i dalej to już różnie w zależności od celu.

Błękitne niebo, ciepełko, z lekka zawiewający wiaterek- jechało mi się po prostu BOSKO !!! Taką pogodę chciałabym mieć co tydzień :) Po drodze, tuż przed Mrzygłodem, obok ruin dawnej cegielni zrobiłam sobie pierwszy postój (sobie postój, a jej kolejną sesję fotograficzną), bo z każdym rokiem popada  w coraz większą ruinę i wkrótce może z niej już nic nie zostać.

Jeszcze 8 lat temu obiekt składał się z dwukondygnacyjnego budynku murowanego (bud. główny), zespołu pieców (z kominem przylegającym od zachodu) oraz 3 wiat (z podmurówkami) zamykających podwórze cegielni. Wszystko to co było najcenniejsze: elementy metalowe, stalowe itp zostało już rozkradzione – teraz ludzie jadą tam po to aby wziąć sobie trochę drewna czy nawet cegiełek. Szkoda, że nie da się jej już uratować :(

Zaraz obok tej cegielni znajduje się wyrobisko zalane wodą – malutkie, ale jakże urocze jeziorko.

W zeszłym roku często tamtędy przejeżdżałam i mogłam go podziwiać i fotografować przy różnej aurze pogodowej – za każdym razem wyglądało inaczej ( zdjęcie poniżej pochodzi właśnie z jednego z zeszłorocznych wyjazdów).

Wpis ten nazwałam “Ruiny Cegielni w Mrzygłodzie”, ale tego dnia odwiedziłam jeszcze kilka innych ciekawych miejsc- zregenerowana i z pierwszymi zdjęciami pognałam aż do Włodowic. I tu pochwalę się Wam, że pół roku wyciskania potu na aerobiku zaowocowało, bo pod Górę Włodowską wjechałam bez schodzenia z roweru i zatrzymywania się na picie- sukces :) . W zeszłym roku udawało mi się to dopiero pod koniec mojego sezonu rowerowego. Na rynku we Włodowicach zaopatrzyłam się w długopis, bo stwierdziłam, że tym razem będę spisywała moje wrażenia na bieżąco, na postojach. Następnie nakierowałam się na Rzędkowice i przejeżdżając obok Rzędkowickich Skał (zwanych w skrócie “Rzędkami”) pojechałam dalej do Podlesic. Ze względu na dużą liczbę skałek wapiennych w bezpośrednim sąsiedztwie wsi, a także z uwagi na rozbudowaną bazę noclegową, Podlesice są jedną z kilku wspinaczkowych stolic Polski. W samej wsi znajdują się siedziby kilku szkółek wspinania oraz siedziba Grupy Jurajskiej GOPR.

Tym razem nie miałam konkretnie sprecyzowanego celu mojej wyprawy- raczej chciałam rozejrzeć się w tym terenie i zobaczyć Skałki Podlesickie (które nie są mi tak dobrze znane jak znajdujące się po drugiej stronie drogi 792 Skałki Kroczyckie). Dojeżdżając do Podlesic wspomnianą drogą 792 Żarki-Kroczyce można dojrzeć skałę o nazwie -Turnia Motocyklistów (swoją drogą to ciekawe – dlaczego motocyklistów ??? Czyżby na nią wjeżdżali ??? 😉 )

Na zdjęciu poniżej Turnia Motocyklistów widziana z drogi 792- (podejść do niej bliżej postanowiłam jednak innym razem i wtedy także poszukać znajdującej się tam gdzieś w lesie skały-Apteki)

Kolejny postój zrobiłam sobie u podnóża Góry Zborów (zwiedzałam ją w zeszłym roku i w wpisie nr.24 dokładnie o niej opowiadałam, więc zainteresowane osoby odsyłam tam). Dzisiaj wstawię tylko jedno zdjęcie, które i tak nie oddaje jej piękna, a tego dnia z błękitnym niebem i chmurkami wyglądała fantastycznie.

Po przeczytaniu informacji o Górze Zborów (z moim rowerem i tak nie mogłabym tam pójść, bo na terenie Rezerwatu Góry Zborów obowiązuje zakaz rowerów, samochodów, motocykli, quadów i koni) i przejrzeniu mapy podejmuję decyzję, że czarnym szlakiem rowerowym (razem z nim biegnie też zielony dla pieszych) pojadę z powrotem do Rzędkowickich Skał- 4km lasem. Według mapy gdzieś w pobliżu miały być jakieś skałki, ale niestety ze szlaku nie było ich widać- trzeba było odbić w bok i nawet domyślam się gdzie- lato dopiero się zaczyna, więc spróbuje innym razem ich poszukać. Wkrótce na jakimś kiepsko oznakowanym rozdrożu czarny szlak rowerowy mi się zgubił, ale to nic, dalej poruszałam się zielonym dla pieszych (i nawet byłam pieszą, bo po tej piaszczystej drodze tak źle mi się jechało na rowerze, że wolałam rower prowadzić i iść 😉 . I gdy już droga zaczęła mi się dłużyć pojawiły się pierwsze Rzędkowickie Skałki:

A zaraz za nimi polana ze słynnym Okiennikiem Rzędkowickim. Tego dnia było tam raczej pusto, więc przespacerowałam się wśród tych skał tak jak lubię- w ciszy i spokoju :)

Zrobiłam mnóstwo nowych zdjęć, bo tam trudno powstrzymać się i ich nie robić.

O skałach tych mogłabym długo opowiadać- jednak nie chcę się powtarzać tu na blogu i dlatego wszystkie zainteresowane nimi osoby odsyłam do moich starszych wpisów nr.6- Rzędkowickie Skały i nr.16 Rzędkowickie Skały jesienią, gdzie znajdziecie wiele ciekawych informacji na ich temat (i oczywiście zdjęcia też tam są 😉 ) To bardzo malownicze miejsce- mogę powiedzieć, że mnie urzekło i lubię tam powracać :)

Wracając już do domu -zachwycona rzepakowymi polami, zatrzymałam się na jednym z nich, by zrobić kilka zdjęć:

Do domu dojechałam bez problemu – zmęczona, ale jakże zadowolona i naładowana megapozytywnie :)

Dzisiaj też mam w planach rowerek, ale nie wiem czy pogoda mi nie pokrzyżuje tych planów, bo deszcz dosłownie wisi w powietrzu :(

POZDRAWIAM SERDECZNIE Wszystkie zaglądające tu do mnie osoby, a zwłaszcza te, które komentują moje wpisy i kibicują mi w tym moim zwiedzaniu i relacjonowaniu :) :) :)

Wpis archiwalny – maj 2011

26. Wzgórze Kromołowiec

WITAM SERDECZNIE !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

ROWER, PLENER I ZDJĘCIA TO JEST MÓJ WYPOCZYNEK I LEKARSTWO NA WSZYSTKIE STRESY DNIA CODZIENNEGO !!! A więc jak już się pewnie domyślacie ten wpis będzie relacją z mojej wycieczki rowerowej- tak- a nawet z dwóch wycieczek rowerowych :) , gdyż w jednym tygodniu tak dla rozgrzewki po zimie wybrałam się do Łaz/Zawiercia (zwiedziłam tam kościół  św. Michała Archanioła, zabytkową kolejową wieżę ciśnień, a także pokręciłam się trochę po mieście, bo mimo, że mam do niego niedaleko, to wcale go nie znałam). Tydzień później zaś znając początkowy odcinek drogi, miasto Łazy i swoją kondycję po zimie, postanowiłam jechać dalej do Niegowonic, a konkretniej moim celem stało się Wzgórze Kromołowiec leżące niedaleko Niegowonic przy drodze nr 790 do Ogrodzieńca.

Zanim jednak opowiem o tym malowniczym miejscu na Jurze pokażę Wam tą wspomnianą wieżę ciśnień i opowiem jak mi się jechało na tym moim wysłużonym już rowerku. Otóż już po przejechaniu kilkunastu metrów naszły mnie wątpliwości, czy w ogóle uda mi się tam dojechać, bo po tej pierwszej wyprawie do Łaz zrobiła mi się dziura w oponie i co prawda oponę wymieniłam na nową, ale z nieco większym bieżnikiem i coś mi się teraz tarło i w ogóle jechało mi się o wiele ciężej i wolniej :( Stwierdziłam jednak, że albo zawrócę do domu i popołudnie spędzę z książką na własnym podwórku, albo postaram się nie zwracać na to uwagi i powoli jechać do przodu- i tak też zrobiłam :) A dopatrując się w tym nawet zalety doszłam do wniosku, że przynajmniej więcej kalorii spalę i bardziej schudnę 😉

Dojeżdżając już do Łaz (wąską asfaltową drogą łączącą Łazy z Zawierciem-biegnącą wzdłuż torów kolejowych) minęłam wspomnianą wieżę ciśnień zwaną “Królewską”. Zbudowana w 1898 r. wieża ciśnień była obiektem zasilającym w wodę parowozy stacji rozrządowej Łazy i samą stację. Na szczycie budowli są umieszczone dwa stalowe zbiorniki, każdy o pojemności ok. 130m3, na niższych piętrach znajdowały się pomieszczenia wykorzystywane na mieszkania służbowe PKP.  To taki wysoki 24 – metrowy ceglany budynek- obecnie niestety popadający w coraz większą ruinę.

Na zdjęciu poniżej (pochodzącym z tej pierwszej wyprawy do Łaz, kiedy to zatrzymałam się tam na dłużej i dokładnie ją obfotografowałam) jej czubek na tle nieba:

Następnie szybko przejechałam przez Łazy i pojechałam w kierunku Niegowonic (już nieznaną mi drogą). Moją uwagę zwrócił Zalew “Mitręga” znajdujący się tuż przy drodze i zatrzymałam się tam na dłużej.

To kąpielisko miejskie i jednocześnie świetne miejsce do wypoczynku i wędkowania.

Zregenerowałam siły i ruszyłam dalej w drogę. W Niegowonicach warto zobaczyć pomnik wzniesiony ku czci powstańców poległych w 1863 roku (znajduje się on na cmentarzu parafialnym), a także kościół parafialny p.w. św. Franciszka, wzniesiony w 1802 r. z fundacji Franciszka Grabiańskiego. Odnowiono go po 1895 roku, a po pożarze w 1909 roku został gruntownie odrestaurowany. Jest to obiekt murowany, potynkowany, jednonawowy, z transeptem oraz trójbocznie zamkniętym prezbiterium. Przy prezbiterium od wschodu, południa i północy znajdują się dwie zakrystie oraz składzik usytuowany przy nawie od strony zachodniej. W kościele jest też kruchta, po bokach której znajduje się wejście prowadzące do chóru muzycznego.

Na zdjęciu poniżej właśnie ten barokowo- klasycystyczny kościół:

I teraz już do celu miałam zupełnie niedaleko, chociaż ten odcinek drogi był raczej niekorzystny dla mnie (jako rowerzystki) – dosyć, że cały czas pod górę serpentynami, to jeszcze na dodatek bez wyznaczonego dla rowerzystów pobocza, ale dałam radę i nawet poczułam się jak w górach 😉

Wzgórze Kromołowiec jest ostańcem wapiennym. Stanowi ono początek Pasma Smoleńsko- Niegowonickiego.

Rozpościera się z niego piękny widok na cztery strony świata, m.in. na Pustynię Błędowską. Można też wypatrzyć ruiny Zamku Rabsztyn i Ogrodzieniec.

Kolejne zdjęcie to widok ze szczytu wzgórza- widzimy ostańce wapienne, a także biegnącą wokół niego drogę 790 do Ogrodzieńca i parking- zatoczkę (utworzony, gdyż sporo aut tu przystawało, stwarzając zagrożenie na drodze).

I już jesteśmy na szczycie Wzgórza Kromołowiec- Stodólsko (435 m n.p.m.).                 Aż mi się scyzoryk w kieszeni otwiera jak widzę takie graffiti, a niestety takich widoków na Jurze nie brakuje :( A tak swoją drogą, to ciekawe, czy ta “wielka miłość” do tajemniczej Marty jeszcze trwa, bo napis z pewnością jeszcze długo będzie o tym głosił.

Cieszę się, że udało mi się dojechać do tego miejsca i poznać je, bo wcześniej mimo, że mam do niego tak niedaleko, to nie znałam go wcale. Tak w ogóle to w tym sezonie chciałabym nadrobić więcej takich zaległości. Droga do domu (przez Mitręgę, Rokitno Szlacheckie, Kazimerówkę, Zawiercie) upłynęła mi szybko i bezkolizyjnie. I stwierdziłam nawet, że czasowo i kondycyjnie jestem w stanie jeździć dużo dalej- życzcie mi więc powodzenia :)

A ja żegnam się dzisiaj z Wami stwierdzeniem – ŚWIAT Z ROWERU WYGLĄDA PIĘKNIEJ !!! :)  i zostawiam Wam taki autoportrecik zrobiony podczas mojej pierwszej tegorocznej wycieczki rowerowej po okolicy:

POZDRAWIAM i zachęcam Wszystkich do takiej formy aktywności ruchowej :) :) :)

Wpis archiwalny – kwiecień 2011

25. Zamek w Będzinie

WITAM SERDECZNIE I WIOSENNIE !!!

24 wpisy, ponad 200 zdjęć, wiele ciekawych miejsc opisanych i pokazanych- tak wygląda w skrócie bilans pierwszego roku mojego blogowania ( a ile dodatkowo wrażeń przy ich zwiedzaniu :) ). Ten wpis jest dla mnie wyjątkowy, bo po pierwsze jubileuszowy, a po drugie przedstawiany tu dzisiaj ZAMEK W BĘDZINIE jest pierwszym miejscem, które udało mi się zwiedzić w tym roku (w końcu !!! :) )

Królewski Zamek Będziński to średniowieczna warownia obronna wzniesiona przez Kazimierza Wielkiego w systemie tzw. Orlich Gniazd na pograniczu Małopolski i Śląska, na wzgórzu nad Czarną Przemszą. Historia tej fortyfikacji sięga IX wieku. Już wtedy na Górze Zamkowej wzniesiono gród, prawdopodobnie należący do plemienia Wiślan lub jego zachodniego odłamu. Gród był kilkakrotnie rozbudowywany: m.in. w miejsce pierwotnej palisady wzniesiono istniejący do dziś zewnętrzny wał podgrodzia, a wewnętrzny wał podgrodzia zniwelowano celem założenia cmentarza wczesnochrześcijańskiego. Na przestrzeni wieków zamek był rozbudowywany, płonął, popadał w ruinę, pełnił różne funkcje (przez pewien czas mieścił się tu nawet szpital).

Swój obecny wygląd zawdzięcza pracom rekonstrukcyjnym z 1834 r. przeprowadzonym przez Franciszka Marię Lanciego oraz odbudowie w latach 1952-56. Pierwotnie wieża okrągła była znacznie wyższa niż obecnie i prawdopodobnie miała zwieńczenie ceglane. Budynek mieszkalny nie miał wyodrębnionej wieży kwadratowej – w obu swych częściach miał tę samą liczbę kondygnacji.

Obecnie warownia składa się z zamku górnego i rozległego przedzamcza z pozostałościami murów obwodowych i nieistniejącą już dziś bramą wjazdową (jej szczątki odkryli archeolodzy w latach 1954-58) poprzedzoną mostem zwodzonym. Na zamku górnym stoi budynek mieszkalny czyli przebudowana czworoboczna wieża mieszkalno-obronna oraz ponad 20-metrowa (pierwotnie 30 m) okrągła baszta – stołp.

W Będzinie bywam raczej często i często też oglądam ten zamek z zewnątrz, niekiedy nawet przespaceruję się wokół niego z dziećmi, ale tym razem postanowiłam, że zwiedzimy go gruntownie tzn. zwiedzimy muzeum znajdujące się w jego komnatach, a także wejdziemy na wieżę i tak też zrobiliśmy.

Zdjęcie poniżej zostało zrobione na dziedzińcu zamkowym- widzimy tu dyby (obecnie to chyba na niesfornych gości 😉 ), a także daszek fajnej, stylowej  karczmy rycerskiej:

Jak już wspomniałam na zamku górnym stoi ponad 20-metrowa (pierwotnie 30 m) okrągła baszta – stołp. Na jej szczycie znajduje się punkt widokowy z lunetą. Rozciąga się z niej rozległy widok na całą okolicę (miasto Będzin, a także możemy zobaczyć Elektrownię Łagisza). Dawniej wieża ta spełniała różne funkcje: latarni oświetlającej drogę flisakom, więzienia dla skazańców, a podczas wojny ostatniego punktu obrony.

Zamek otacza fosa oraz wysoki podwójny mur obwodowy. Pomiędzy murami prowadzi ścieżka z ławkami, są tam też reflektory, które ładnie oświetlają zamek nocą. Zewnętrzne mury wsparte są szkarpami, a wewnętrzne zwieńczone podobnie jak baszta blankami.

We wnętrzu zamku od 1956 r. funkcjonuje Muzeum Zagłębia z bardzo bogatą kolekcją dawnej broni (tym szczególnie był zainteresowany mój starszy syn).

Jest też ekspozycja związana z historią Będzina i innych zamków na szlaku Orlich Gniazd oraz można podziwiać dwie makiety zamku wykonane bardzo precyzyjnie. Zainteresowane osoby informuję, że bilet normalny do muzeum kosztuje 6 zł, ulgowy 3 zł, a wejście na wieżę 2 zł- wszyscy. Jest też możliwość zakupienia biletu do wspólnego zwiedzania zamku i pobliskiego Pałacu Mieroszewskich (wychodzi taniej niż kupowanie oddzielnych biletów do tych dwóch muzeów).

My po zwiedzeniu muzeum ( warto było poświęcić te kilka zł ), wejściu na wieżę i odpoczynku na dziedzińcu zamkowym udajemy się na spacer wokół zamku.

Podobno w planach dyrekcji muzeum jest odbudowa przedzmacza (zamku dolnego) z bramą i mostem zwodzonym……. ciekawe :)

Nazwę miasta i zamku tłumaczy kilka legend…..

Pewnego razu król Kazimierz Wielki jadąc przez Śląsk zauroczony krajobrazem wskazał na wzgórze nad Czarną Przemszą i rzekł “Tu będziem odpoczywali”. Obóz czeladzi wędrującej z królem znajdował się niedaleko i stąd nazwa pobliskiej osady – Czeladź. Reszta dworzan, którzy nie zmieścili się na górze zamkowej obozowali nieco dalej i stąd powstała osada Zagórze. Historia ta jest jednak mało prawdopodobna, ponieważ Kazimierz Wielki nadał prawa miejskie Będzinowi, czyli miejscowości która kilkaset lat wcześniej funkcjonowała już pod podobnymi nazwami jak np. Banden czy Bendin.

Inna, zapewne bliższa prawdy legenda, powstanie Będzina łączy z rycerzem Bendą. Założyciel tutejszej osady był podobno okrutnikiem, ukaranym później przez los za swoje zbrodnie utratą rodziny.(znalezione w internecie)

Obchodząc zamek wkoło zboczyliśmy też do znajdującego się za nim parku (tam szczególnie pięknie jest jesienią), a także zaliczyliśmy plac zabaw.

Kolejne zdjęcie to taka stylizacja zrobiona właśnie od strony tego parku:

Wracamy ponownie pod zamek- od południowego wschodu przez fosę biegnie coś co wygląda jak jedna ściana mostu z arkadami, ale w rzeczywistości jest to ozdoba wybudowana w XIX wieku na dawnym miejskim murze obronnym.

Dodatkową atrakcją związaną z tym zamkiem jest to, że co roku, pod koniec wakacji pasjonaci szeroko rozumianej kultury celtyckiej spotykają się u podnóża będzińskiej twierdzy. Gromadzi ich największy w środkowej Europie FESTIWAL MUZYKI CELTYCKIEJ „ZAMEK” . Niestety nie miałam jeszcze możliwości uczestniczyć w tej imprezie, ale myślę, że byłoby warto :)

Osoby dysponujące większą ilością czasu zachęcam też do zwiedzenia pobliskiego Kościoła Świętej Trójcy, Cmentarza Żydowskiego, a także Pałacu Mieroszewskich. Ten barokowo-klasycystyczny pałac został wybudowany przez Kazimierza Mieroszewskiego herbu Ślepowron  na początku XVIII wieku ( ok. 1702-1718). Rodzina Mieroszewskich była jednym z potężniejszych rodów pogranicza małopolsko-śląskiego (dawne Księstwo Siewierskie). W swoich rękach skupili olbrzymie dobra po obu stronach Brynicy.

Na razie wstawiam jedno jego zdjęcie, a w przyszłości może będzie ich więcej, bo jak już pisałam w Będzinie bywam często.

I to już koniec mojej relacji z tej wycieczki – zachęcam Was do odwiedzenia Będzina :)

Kończąc ten jubileuszowy wpis, życzę Wam i sobie jak najwięcej czasu spędzanego w plenerze i odkrywania wielu nowych i ciekawych miejsc :)

POZDRAWIAM :) :) :)

Wpis archiwalny – kwiecień 2011