32. W DINOPARKU w Szklarskiej Porębie

WITAM SERDECZNIE i już powakacyjnie  :)

Kończąc poprzedni wpis wspomniałam, że jeśli moje wakacyjne plany wypalą, to na jakiś czas zaprzestanę opowiadania o “mojej ukochanej Jurze” i wypaliły :) Opowiem wam więc teraz o tym co udało mi się zobaczyć w Szklarskiej Porębie i jej okolicy, a do tematyki jurajskiej i moich rowerowych wojaży (które ciągle kontynuuję) powrócę w jesienno- zimowe dni.

Już w zeszłym roku będąc w Karpaczu zachwyciłam się Dolnym Śląskiem  i w te wakacje też zapragnęłam pojechać w tamte strony, tylko tym razem nieco dalej- do Szklarskiej Poręby. Poprzednim razem byłam tam 15 lat temu, a od tej pory sporo się tam pozmieniało. Moim Panom też ten pomysł się spodobał i pojechaliśmy- pojechaliśmy całkiem w ciemno, ale ponieważ już w pierwszym losowo wybranym domu, w samym centrum miasta udało nam się zakwaterować (i to niedrogo 😉 ) śmiem wnioskować, że z noclegami nie ma tam wielkich problemów , nawet w sezonie, no chyba, że akurat mieliśmy takie wielkie szczęście 😉 Jeśli chodzi o pogodę to dopisywało nam na pewno podczas całego wyjazdu (skóra jeszcze do tej pory mi schodzi mimo, że wróciłam do domu już ponad 3 tygodnie temu). Jeszcze przed wyjazdem przygotowałam się dokładnie do niego czytając o różnych atrakcjach w Szklarskiej Porębie i jej okolicy, a jest ich tam tyle, że niemożliwym jest nudzić się i to zarówno podczas słonecznej, jak i deszczowej pogody. Przy sprzyjającej pogodzie koniecznie trzeba się wybrać w góry, a deszcz możne przeczekać w którymś z licznych tam muzeów np. Muzeum Mineralogiczne, Muzeum Ziemi Juna, Muzeum Energetyki, Muzeum Miejskie Dom Gerharta Hauptmanna, Dom Gerharta i Carla Hauptmannów, Wlastimilówka-Dom Wlastimila Hofmana, czy w jakiejś galerii np. Galerii Izerskiej, czy Galerii Fotografii Artystycznej, bądź wybrać się do Starej Chaty Walońskiej, albo zwiedzić sobie Hutę Szkła- naprawdę jest w czym wybierać :) My niestety nie zaliczyliśmy żadnego z tych muzeów, a to dlatego, że pogoda była cudna i woleliśmy spędzać czas na świeżym powietrzu- na górskim szlaku, bądź wycieczkach do pobliskich Czech.

I od czego by tu zacząć- sama nie wiem, więc może zrelacjonuję Wam wszystko po kolei- co robiliśmy i co zwiedzaliśmy. Nie ukrywam, że już pierwszego dnia po zakwaterowaniu korciło mnie, by ruszyć w góry i tęsknie zerkałam na górującą nad miastem Szrenicę, ale ponieważ po podróży dzieci nie były w pełni sił -dałam sobie na wstrzymanie, a zamiast tego ruszyliśmy na poszukiwanie nowego i mocno rozreklamowanego w Szklarskiej Porębie- DINOPARKU :) Powstał on w zeszłym-2010 roku i znajduje się w Szklarskiej Porębie Średniej (ul. Muzealna 7). Z centrum miasta można za 5 zł dojechać do niego specjalnym busikiem.

Ktoś powie, że takie parki wyrastają ostatnio jak grzyby po deszczu- faktycznie jest ich coraz więcej i znajdują się w różnych regionach Polski. Ktoś inny powie “kicz”- może i tak, ale ja (zresztą na pewno nie tylko ja) lubię takie miejsca, bo fajnie można się w nich zrelaksować i oderwać od problemów życia codziennego i o to chodzi, więc będąc w tamtym regionie Polski polecam Wam odwiedzenie go- dzieciom nie muszę, bo z pewnością same Was tam zaciągną 😉 ( bilet normalny-18 zł, ulgowy-14, są też bilety rodzinne i grupowe, a dzieci do 1m wzrostu mają wstęp gratis).

Dinopark ma powierzchnię 10 ha, a ścieżka edukacyjna z makietami ok. 70      dinozaurów – długość 1 km. Znajdują się tu rekonstrukcje dinozaurów naturalnej wielkości, które rozmieszczone zostały wśród skał i wzgórz na terenie olbrzymiego lasu. Każdy z tych prehistorycznych gadów wygląda jak żywy – jedne spokojnie obrywają liście z najwyższych gałęzi w lesie, niektóre szykują się do skoku po zdobycz, inne wyglądają tak, że osoby o słabych nerwach wolą im się nie przyglądać.

Do odważnych świat należy, więc nie lękając się spokojnie sobie przysiadłam przed groźną bestią 😉

Oprócz ścieżki edukacyjnej z makietami dinozaurów na odwiedzających ten park czekają jeszcze inne atrakcje jak np: kino 5D, dwupoziomowy plac zabaw, piaskownica “małych odkrywców”, kolejka Flinstonów, park linowy “Małpi Gaj”, dinoshop, restauracja oraz cafe, więc z pewnością nie można się tam nudzić :)

Moim zdaniem ten park to idealne połączenie edukacji, rekreacji i odpoczynku- jeszcze raz polecam Wam go :)

A teraz zmiana tematu-w Szklarskiej Porębie znajdują się 4 kościoły i właśnie wracając z DINOPARKU zatrzymaliśmy się pod jednym z nich – Kościołem parafialnym p.w. Bożego Ciała oo Franciszkanów- wybudowany w latach 1884-86 w stylu neoromańskim, ufundowany przez Schaffgotschów. Wewnątrz obrazy i sztandary namalowane przez Wlastimila Hofmana, a wśród nich obraz umieszczony w ołtarzu głównym – “Chrystus z Eucharystią” na tle Szrenicy.

Na zdjęciu poniżej oczywiście ten kościół:

Ponieważ do wieczora pozostało jeszcze trochę czasu, więc by go w pełni wykorzystać podjechaliśmy jeszcze do Wodospadu Szklarki, bo chyba nie ma osoby, która byłaby w Szklarskiej Porębie i nie zobaczyła go.Wodospad Szklarki jest niewątpliwie jednym z najbardziej urokliwych zakątków Karkonoszy( wodospad oraz jego otoczenie stanowią enklawę Karkonoskiego Parku Narodowego). Charakterystyczny kształt opadającej z wysokości ponad 13 metrów kaskady, opowiadający własną historię szum wody i niewielkie oddalenie od centrum Szklarskiej Poręby powodują, że jest to najchętniej chyba odwiedzane miejsce w tych górach. Gości on na większości widokówek z tego rejonu.

Zdjęcie poniżej , to taka moja widokówka z tym wodospadem w roli głównej:

Na lewym brzegu skalnego progu znajdują się okazałe marmity (przegłębienia w dnie strumienia lub rzeki powstałe w wyniku eworsji u podnóża wodospadu lub progu skalnego). Pierwsze wzmianki o Wodospadzie Szklarki pochodzą już ze średniowiecza. Przez wszystkie stulecia wodospad był uwieczniany w opisach, rycinach i obrazach, bowiem uważano to miejsce za szczególnie romantyczne i piękne. W 1868 roku przy wodospadzie wybudowano gospodę, która z czasem przekształcona została w dzisiejsze Schronisko „Kochanówka”. Niebywałą atrakcją dla XIX turystów było regulowanie przepływu wody dopływającej do wodospadu i spuszczanie jej po pobraniu opłat od gości.

Można do niego dojść  z centrum miasta szlakiem zielonym wzdłuż rzeki Kamienna lub szlakiem czarnym (szlak okrężny wokół Szklarskiej Poręby). Obok Wodospadu Szklarki biegnie też szlak niebieski z Piechowic do schroniska „Pod Łabskim Szczytem”.

Na kolejnym zdjęciu ja relaksuję się w tej cudownej scenerii – szkoda, że nie możecie usłyszeć tego szumu wody 😉

Jest jeszcze jeden równie znany wodospad w Szklarskiej Porębie- Wodospad Kamieńczyka, ale o nim to już opowiem Wam innym razem.

Ten pierwszy dzień w Szklarskiej Porębie zakończyliśmy spacerkiem po centrum miasta, poobserwowaliśmy też śmiałków w parku linowym (znajduje się on na terenie parku miejskiego w centrum miasta, bezpośrednio do niego przylega Rodzinny Park Rozrywki Esplanada tu największą atrakcją jest całoroczna rynna saneczkowa Alpine Coaster) i zrobiliśmy plany na kolejny dzień. Teraz zdradzę tylko, że plany wypaliły i był to cudownie spędzony dzień na górskim szlaku, a dokładnie opowiem o tym w kolejnym moim wpisie, na który już teraz gorąco zachęcam.

POZDRAWIAM i mam nadzieję, że żadna powakacyjna depresja Was nie dopadła 😉

Wpis archiwalny – sierpień 2011

31. Brama Twardowskiego i Zamek Ostrężnik

WITAM CIEPLUTKO i chyba już po raz ostatni w okresie wakacyjnym :)

Zafascynowana pięknem Jury regularnie co tydzień wsiadam na mój rower i docieram do różnych jej zakątków (zarówno tych znanych mi, jak i takich, których jeszcze do tej pory nie poznałam). Pogoda tego lata nie rozpieszcza nas, ale ja już na to nie zwracam uwagi i ruszam w  teren korzystając z mojego wolnego – rowerowego popołudnia. Tym razem wybrałam się do Złotego Potoku, bo dawno tam już nie byłam, a atrakcji turystycznych jest tak wiele, że wprost nie sposób zobaczyć wszystkiego w ciągu jednego dnia, zwłaszcza jeśli wyrusza się z domu o godz.15.00, jedzie na rowerze w jedną stronę ponad 25 km, a o 21.00 trzeba być już z powrotem w domu. Zdecydowałam więc, że tym razem zobaczę Bramę Twardowskiego i Zamek Ostrężnik, a resztę atrakcji zostawię sobie na kiedy indziej :)

Tego dnia pogoda była dla mnie łaskawa, bo po kilku deszczowych dnia w końcu przestało padać, a nawet pojawiło się słonko. Bez problemu dojechałam do Żarek, a następnie nakierowałam się na Janów – będąc już w Złotym Potoku odbiłam w drogę lokalną do Siedlca i po przejechaniu 900m tuż przy tej drodze, w lesie dojrzałam prześwitujące skałki – wśród nich bez problemu odnalazłam Bramę Twardowskiego:

Brama Twardowskiego to symbol terenu północnej Jury nazwany tak przez Zygmunta Krasińskiego. Ostaniec związany jest z legendą o czarnoksiężniku Twardowskim, który dosiadając koguta odbił się od skały i poszybował na Księżyc, wybijając w wapieniu dziurę. Geologicznie to wapień skalisty powstały w okresie jury na dnie ciepłego morza z wapiennych szczątków obumarłych organizmów. W epoce górnej jury doszło tu do odsłonięcia płyty wapiennej z morza, a w górnej kredzie do ponownej transgresji morskiej, która doprowadziła do wypłukania skał i utworzenia jaskiń. Pod koniec kredy, w wyniku ruchów laramijskich obszar został wydźwignięty, a w środkowym miocenie doszło do nasilenia ruchów tektonicznych, dzięki czemu fragment podziemnej jaskini został wypiętrzony. Z czasem skała została obrobiona przez deszcze przyjmując postać bramy. Skała już za czasów Krasińskich w 1857r. została udostępniona turystycznie poprzez wybudowanie do niej drewnianych schodów. Podczas wojny obronnej w 1939r. w jej okolicy toczyły się krwawe boje Armii Kraków z hitlerowskim najeźdźcą.

Dzisiaj Brama Twardowskiego przyciąga turystów swoją oryginalnością i pięknem – jest jedną z głównych atrakcji Złotego Potoku i okolicy :)

Ten bardzo ciekawy, potężny i charakterystyczny ostaniec wygląda pięknie o każdej porze roku – teraz zapałałam chęcią odwiedzenia go ponownie jesienią i zimą……..  i jeśli tylko mi się to uda, to dorzucę tu jeszcze jego zdjęcia w jesiennej lub zimowej szacie :)

Punkt pierwszy programu zaliczony, więc wsiadłam na rower i pojechałam z powrotem do drogi 793 i z niej odbiłam na szlak rowerowy biegnący Doliną Wiercicy (obszar Rezerwatu Parkowe) w kierunku Zamku Ostrężnik. Po drodze mijam różne ciekawe formy skalne – właśnie ta okolica słynie z ciekawych form skalnych rozsianych wśród pięknych lasów liściastych. W odróżnieniu od Skał Rzędkowickich, czy Podlesickich tutejsze skały toną w mroku koron wysokich drzew.

Jedną z charakterystycznych form tego terenu jest grupa skał nazwana przez Zygmunta Krasińskiego – Diabelskie Mosty. Skały mają ponad 15 m wysokości i podzielone są szerokimi szczelinami. Ze skałami związana jest legenda mówiąca o diable, który wpadł w te szczeliny skalne i zaklinował się wypatrując Twardowskiego na księżycu.

I poniżej jedno z kilku zdjęć jakie zrobiłam w tym miejscu:

Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie mi się tamtędy jechało, a z licznych tablic informacyjnych można się dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy o tym terenie. I tak jadąc dotarłam do ukrytych w lesie ruin tajemniczego zameczku:

A tajemniczego, bo nieznana jest bliżej historia powstania ostrężnickiego zamku. Powszechnie uważa się, że wzniesiono go z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku jako kolejne ogniwo w łańcuchu jurajskich warowni – orlich gniazd, strzegących południowych rubieży Rzeczypospolitej. Hipoteza takowa poparta jest faktem, że położona nieopodal wieś Trzebniów, zanim przeszła na początku XV stulecia w posiadanie rodu Kobyłów, stanowiła wcześniej własność królewską. Być może budowla nigdy nie została ukończona i nikt w niej nie mieszkał. Niektóre źródła wspominają, że mogła się w niej mieścić siedziba rozbójników albo więzienie, w którym królowie trzymali bez sądu swych przeciwników politycznych.

W skład kompleksu obronnego wchodził zamek górny i przypuszczalnie przedzamcze. Położony na wapiennej skale zamek górny miał regularne założenie o powierzchni około 1200 metrów kwadratowych. W północno-zachodniej części dziedzińca znajdował się budynek mieszkalny wzniesiony na planie prostokąta o wymiarach ok. 30×10 metrów. Od południa stała wysunięta przed lico murów czworoboczna baszta. Całość otoczono murem o długości 144 i grubości 1,6-2 metry. Wjazd prowadził z przedzamcza od strony zachodniej, obok skał łączących zamek z podgrodziem. Być może przejazd wiódł po przerzuconym nad fosą drewnianym moście. Skała, na której wznosił się zamek górny jest stroma i niedostępna od północy i od zachodu. Od strony południowej oraz wschodniej spadek wysokości terenu przebiega łagodniej i tam rozwinęło się pełniące funkcje gospodarcze przedzamcze. Miało ono powierzchnię ok. 2000-7000 metrów kwadratowych i otoczone było ziemnym wałem umocnionym palisadą. Całość obiegała mokra fosa. Wjazd na teren zamku prawdopodobnie znajdował się w przerwie między wałami, w południowo-wschodniej części założenia. (znalezione w internecie)

Miejscowe podania mówią, iż Ostrężnik przez długi okres czasu był siedzibą zbójników a w podziemiach zakopane są ich łupy. Przy ich podziale bowiem doszło do kłótni i zbóje wymordowali się nawzajem. Inne legendy opowiadają o tajnym więzieniu w Ostrężniku, w którym trzymano bezprawnie wielu możnowładców. Podobno gdyby dostać się do podziemi można by odkryć wiele szkieletów więzionych tu osób. Niektórzy opowiadają że po zmroku można ujrzeć białą zjawę przechodzącą od zamku górnego do jaskini ostrężnickiej.                                                                                                                        Inny skarb pochodzi z XIX w. Podobno w czasie powstania styczniowego w 1863 r. po przegraniu bitwy pod Śmiertelnym Dębem (oddalonym o 10 km od zamku), powstańcy ukryli tutaj dokumenty i skarb powstańczy. Nikomu nie udało się ich odnaleźć.          Ostrężnicki zamek znajduje się w lesie na wzgórzu ze skałą. Z zamkiem sąsiaduje inna wapienna skała z jaskinią, która łączyła się z nim korytarzami. W ogóle podziemnych korytarzy było tu więcej, ale zostały już zasypane.

Z jaskinią ostrężnicką związane są odrębne legendy. Jedna z nich mówi o chłopcu, który znalazł głęboko w jaskini skarb. Wcześniej nikt się tam nie zapuszczał bo podobno skarbu pilnował sam diabeł. Wnętrze jaskini było wtedy zagrodzone masywnymi wrotami, które zatrzasnęły się nagle za wychodzącego chłopcem i przycięły mu piętę. Od niego ma wywodzić się miejscowa rodzina Piętaków.

Z niegdyś murowanego zamku do czasów nam współczesnych przetrwały skromne fragmenty murów o wysokości nie przekraczającej jednego metra, oraz relikty czworobocznej baszty. Widoczne są również otaczające podzamcze ziemne wały. Cały teren porośnięty jest młodym, gęstym lasem.                                                                 Skała, na której wzniesiono warownię stanowi częsty cel wycieczek grotołazów (dzięki wspomnianej przeze mnie wcześniej  jaskini ostrężnickiej).

Zafascynowana ciszą, spokojem (oprócz mnie nikogo więcej tam nie było) i tajemniczością miejsca straciłam poczucie czasu i gdy zerknęłam na zegarek i zobaczyłam 19.30 nie pozostało mi już nic innego jak tylko dosiąść “mojego rumaka” i pogalopować do domu 😉

Po drodze zatrzymałam się tylko na ekspresowe zjedzenie batonika i pstryknięcie kilku fotek zachodzącemu słonku (no nie mogłam się powstrzymać 😉 ):

Do domu dojechałam w rekordowym dla mnie tempie – zmęczona, ale z wyjazdu bardzo zadowolona (zresztą ja zawsze jestem zadowolona 😉 )

Zachęcam Was do czytania kolejnych wpisów i poznawania uroków Jury :)                 A jeśli tylko moje wakacyjne plany wypalą, to w kolejnych wpisach będę opowiadała o innym regionie Polski :)

POZDRAWIAM !!!!!! :)

Wpis archiwalny – sierpień 2011

30. Na jurajskim szlaku: Suliszowice

WITAM SERDECZNIE z wakacyjnego jurajskiego szlaku :)

Tym razem na moim rowerze wybrałam się do Suliszowic (województwo śląskie, powiat myszkowski, gmina Żarki), by (może dziwnie to zabrzmi 😉 ), ale upewnić się, że znajdujących się tam ruin strażnicy nie da się zobaczyć na własne oczy. Osoby czytające mojego bloga pewnie pamiętają, że docierałam już na rowerze do trzech strażnic: w Łutowcu, w Ryczowie i w Przewodziszowicach …… i do tego kompletu brakowało mi jeszcze tylko tej w Suliszowicach. Słyszałam już wcześniej i w internecie też to można wyczytać, że od lat 70-tych XX w. znajduje się ona na prywatnym, ogrodzonym terenie. Ja jednak jestem taki “Tomasz niedowiarek”- jak czegoś sama nie sprawdzę, to nie uwierzę. Pojechałam więc z takim nastawieniem, że jak nie uda mi się jej zobaczyć, to chociaż zobaczę inne znajdujące się w  tej okolicy skałki, pooddycham czystym “jurajskim powietrzem” i pojeżdżę sobie na rowerze, więc i tak wyjazd nie będzie zmarnowany.

Pogoda niestety znowu nie za fajna – czarne chmury wiszą mi nad głową, ale ja już uodporniłam się i nie zważając na to regularnie co tydzień pokonuję zaplanowaną trasę (a dyżurny płaszcz przeciwdeszczowy wożę w plecaku- na wszelki wypadek i ku odstraszeniu). Tuż przed Myszkowem łapie mnie pierwszy deszcz, ale zamiast zakładać płaszcz postanawiam przeczekać go pod zadaszeniem i faktycznie po chwili przechodzi- wsiadam na rower i jadę już bezdeszczowo aż do Żarek, a za Żarkami kieruję się na Janów, ale tylko kawałek jadę tą drogą, bo tuż przed Zawadą odbijam w drogę do Jaroszowa, a następnie do Suliszowic.

I nagle, w oddali, w polach widzę pierwsze skałki – postanawiam więc podjechać do nich bliżej:

Nie pada, skałki nie ogrodzone, żadnych turystów, ani groźnych psów na horyzoncie, więc rower zostawiam w rowie i w spokoju sobie spaceruję i fotografuję (o tych psach to taka aluzja do poprzedniego wpisu 😉 ):

Jura to naprawdę kraina pełna uroku – uwielbiam zwiedzać jej zakamarki:

Zafascynowana światem biologii obserwuję też kwiaty na łące i je fotografuję:

Na kolejnym zdjęciu uroczy chwast z pracowitą pszczółką:

Tego dnia było wyjątkowo dużo motyli – niestety były też bardzo ruchliwe i sporo trudności przysporzyło mi zrobienie im jakichkolwiek zdjęć:

Poniżej prawdziwe oblężenie:

I jeszcze jedno zdjęcie zrobione w tym miejscu – tym razem w roli głównej dmuchawiec:

No dobrze-” komu w drogę, temu czas”- wsiadam znowu na rower i jadę już do samych Suliszowic. W centrum wsi, bez problemu znajduję tablicę informacyjną o strażnicy i niestety jest dokładnie tak jak wyczytałam w internecie- znajduje się na prywatnym terenie- nawet zza ogrodzenia nic nie można dojrzeć, a groźne psy ostrzegają przed ewentualnym wejściem na teren (zresztą nie zamierzam tego robić). W samych Suliszowicach oprócz tej strażnicy znajduje się jeszcze kilka innych ostańców skalnych, ale niestety wszystkie są na prywatnych posesjach – pokręciłam się trochę po wsi i nie pozostało mi nic innego jak tylko wracać do domu, tym bardziej, że już zaczynało się robić późno, a niebo straszyło.

W centrum Żarek zatrzymałam się jeszcze na chwilkę pod znajdującym się tam pomnikiem Ludwika Rocha Gietyngiera (polski duchowny katolicki, błogosławiony Kościoła katolickiego – urodzony 16 sierpnia 1904 właśnie w Żarkach):

Tym razem niebo nie było dla mnie łaskawe i zamiast na koniec wycieczki obdarować mnie pięknym zachodem słońca – zmoczyło mnie deszczem :( Do domu wróciłam ubłocona, ale i tak bardzo zadowolona z tej wycieczki :)

Na koniec muszę Was ostrzec – JURA JEST NIEBEZPIECZNA – UZALEŻNIA !!!           Ja już jestem uzależniona od niej totalnie i żaden odwyk mi nie pomoże- mało tego cieszę się, że mam akurat takie uzależnienie :)

POZDRAWIAM WSZYSTKICH SERDECZNIE !!!

Wpis archiwalny – lipiec 2011

Edycja wpisu: 2 styczeń 2014

Z tego wyjazdu nie przywiozłam żadnych ciekawych zdjęć zrobionych w Suliszowicach i jak dotąd nie udało mi się ponownie tam pojechać, ale niedawno, w grudniu 2013 roku dostałam kilka zdjęć od wieloletniego mieszkańca tej miejscowości, Pana Jacka Kamińskiego.

Wdzięczna za zdjęcia i cenne informacje odnośnie Suliszowic dodaję zdjęcie zabytkowej studni w Suliszowicach autorswa Pana Jacka Kamińskiego.

Pozdrawiam serdecznie Pana Jacka z żoną :)

 

29. Na jurajskim szlaku: Przybynów

WITAM cieplutko i wakacyjnie !!!

W poprzednim wpisie opowiadałam o moich poszukiwaniach znajdującej się niedaleko Żarek (w Przewodziszowicach) strażnicy, a dzisiaj zrelacjonuję Wam moją kolejną wycieczkę rowerową w okolice Żarek.

Pogoda nie za fajna (no niestety nie co tydzień mi dopisuje), czarne chmury straszą deszczem, ale ja i tak jadę. Tym razem za cel mojej wycieczki obrałam sobie Przybynów (wieś niedaleko Żarek , w powiecie myszkowskim, województwie śląskim). Przybynów słynie obecnie z postoi pielgrzymek idących na Jasną Górę – sama zresztą będąc w szkole średniej chodziłam na pielgrzymi i właśnie w Przybynowie mieliśmy nocleg, a stamtąd szliśmy już prosto do Częstochowy. Od tamtej pory nie byłam w Przybynowie , a teraz naszła mnie taka “sentymentalna ochota” , by po latach odwiedzić tą miejscowość i zobaczyć co się w niej zmieniło. Bez problemu dojeżdżam do Żarek, a następnie odbijam w drogę prowadzącą do Przybynowa. Ruch niewielki, a jeszcze dodatkowo wzdłuż drogi zrobiono ścieżkę rowerową, więc jedzie mi się bardzo przyjemnie- nawet te groźne chmury gdzieś znikły i rozpogodziło się- hura :)   Dzielnie pokonuję ostatnie wzniesienie i wjeżdżam do wsi- centralnie przed sobą mam kościół św. Mikołaja.

Kościół pochodzi z 1569 r. prawdopodobnie fundacji Myszkowskich. Wybudowany został na miejscu starszego drewnianego kościoła z 2 poł. XIII lub pocz. XIV w. wzmiankowanego w 1306 r. Murowany kościół został wybudowany w stylu renesansowym i posiadał od frontu wieżę krytą piramidalnym prostym zwieńczeniem. Dach tego kościoła kryty był gontem a zamiast sklepienia wykonano pułap.

W 1770 r. został znacznie rozbudowany i przebudowany w stylu barokowym staraniem ks. Marcina Koźlickiego i fundacji hr. Adama Męcickiego starosty bodaczowskiego. Konsekracji wyremontowanego kościoła dokonał biskup sufragan gnieźnieński Ignacy Kozierowski w dniu 22 lipca 1777 r. Na szczególną uwagę wyposażenia wnętrz zasługuje obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, który podobno miał ufundować miejscowemu kościołowi sam król Jan III Sobieski.

Pamiętam go doskonale (kościół, nie króla Sobieskiego 😉 ) . Oczywiście wchodzę do środka, by przez chwilę się pomodlić, a następnie obchodzę wkoło i robię kilka zdjęć. Zaraz obok kościoła znajduje się lipa szerokolistna-pomnik przyrody i plebania, a niedaleko tej plebani pole, na którym zawsze rozbijaliśmy nasze namioty …… to były czasy……. miło to wszystko wspominam :) Obserwuję co się pozmieniało- pole zarośnięte chaszczami (ale to jeszcze nie sezon pielgrzymkowy, więc może później zostanie oczyszczone ), a niegdyś piaszczysta droga została pokryta asfaltem (przynajmniej tak mi się wydaje, że dawniej tego asfaltu nie było). Na wschód od centrum wsi znajduje się Dębowa Góra (390 m n.p.m.) a nieco bardziej na północ wzgórze Kamień.

Obydwa wzniesienia zwieńczone są skałami ostańcowymi, które są najbardziej wysuniętymi na zachód formami tego typu w okolicy Żarek- widzę je z daleka i postanawiam podjechać do nich bliżej.

I tu niemiła niespodzianka- skałki zostały ogrodzone i teraz znajdują się na prywatnym terenie :( Niezrażona tym jednak postanawiam polną drogą podjechać do nich bliżej.

I tak podjeżdżając zauważyłam piękne polne kwiaty, które mnie zachwyciły…….  i zachęcona przez pewną osobę (tak, tak Iwonko właśnie Ciebie mam na myśli 😉 ) postanowiłam porobić jakieś makro:

Poniżej kolejny skąpany w letnim słonku kwiatuszek:

A jeszcze niżej uroczy chrabąszczyk majowy:

I gdy tak namiętnie oddałam się fotografowaniu nagle mój spokój zakłóciły trzy groźne psy, które chyba wydostały się z tego ogrodzonego terenu i biegły w moim kierunku. Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko powoli wycofać się do tyłu, osłaniając rowerem …… a adrenalina podskoczyła mi wysoko :( Z kolejnych prób zbliżenia się do tych skałek już zrezygnowałam.

Osobom, które chciałyby zobaczyć jurajskie ostańce radze wybrać się w jakieś inne miejsce na Jurze np. na Górę Zborów, czy Rzędkowickie Skały :) Ja jednak nie żałuję, że tam pojechałam, bo na rowerze jechało mi się bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że pogoda sprawiła mi miłą niespodziankę i zamiast deszczu wyszło słonko :) Po za tym fajnie jest odwiedzić po latach znane miejsce, zobaczyć co się zmieniło i powspominać sobie ….. ten wyjazd dostarczył mi sporo wrażeń :)

Do Żarek powróciłam tą samą drogą- mijając uroczą i zadbaną kapliczkę przydrożną, przy której się zatrzymałam na chwilkę:

A na sam koniec wycieczki- niebo, które tak bardzo lubię obserwować zachwyciło mnie swoimi kolorami:

I jeszcze jeden zachodzik przerobiony na “słoneczny obraz”, którym to żegnam się dzisiaj z Wami:

MIŁEGO WAKACYJNEGO WYPOCZYNKU WSZYSTKIM ŻYCZĘ – super pogody i wielu niezapomnianych (pozytywnych) wrażeń !!! aha i uważajcie na groźne psy 😉

Wpis archiwalny – czeriec 2011

28. Strażnica w Przewodziszowicach

Mój sezon rowerowy w toku – regularnie co tydzień wsiadam na mój rowerek i jedno popołudnie spędzam na nim, a także na zwiedzaniu i robieniu zdjęć. Już nawet nie zwracam uwagi na groźnie wiszące w powietrzu chmury i grzmoty, byle tylko wyrwać się z domu i zrelaksować przy robieniu tego, co najbardziej lubię. Mój rozbrykany 3latek nieźle mi daje popalić, a spowodowana wakacjami obecność starszego syna w domu i ciągłe wali z młodszym doprowadzają do nerwicy – samotny relaks w plenerze jest więc jak najbardziej wskazany dla mojego zdrowia psychicznego.

Na moim blogu opowiadałam już o pozostałościach po dwóch strażnicach jurajskich- Strażnicy w Łutowcu (wpis nr. 18) i Strażnicy w Ryczowie (wpis nr. 22), a dzisiaj postanowiłam, że opowiem o kolejnej- Strażnicy w Przewodziszowicach (obecnie dzielnica Żarek, gmina Żarki, powiat myszkowski, woj. śląskie), do której udało mi się dojechać. W Żarkach byłam już wielokrotnie, ale tej ruiny nie widziałam wcześniej na własne oczy.

Pogoda piękna, więc wsiadam na rower i jadę – Poręba- Mrzygłód – Myszków- Żarki. Niestety trasą nie jestem zachwycona, bo począwszy od Mrzygłodu jadę poboczem dosyć ruchliwej drogi (droga nr. 791), a przeprawienie się przez Myszków w godzinach szczytu też do przyjemności nie należy i dlatego zniechęcona tym ruchem, tuż za Myszkowem odbijam w taką mało ruchliwą, asfaltową drogę do Jaworznika (będzie trochę dalej, ale za to przyjemniej). Po drodze mijam stawy, a nst. wyjeżdżam na drogę Żarki-Kroczyce (nr. 792). I jestem zadowolona z tej decyzji, bo przy tej drodze, tuż przed Żarkami znajdują się ruiny kościoła św. Stanisława biskupa – męczennika.

Kościół ten zbudowany został przed 1782 rokiem z łamanego kamienia wapiennego, na wzgórzu Laskowiec, w miejscu starej drewnianej kaplicy, gdzie – jak głosi podanie – położona była też ówczesna osada Żarki. Obiekt wzmiankowany był w 1595, 1748 i 1763 roku, jako przydrożna drewniana kaplica, przy ważnym trakcie handlowym prowadzącym z Krakowa do Częstochowy. Od połowy XIX wieku kościół był już w ruinie. W latach 1982-1983, dzięki członkom Towarzystwa Przyjaciół Żarek, kościół został odgruzowany, ponadto przeprowadzono badania archeologiczne, w wyniku których odkryto pochówki, datowane na drugą połowę XV wieku. W 1989 roku dokończono prace, wypełniając ubytki murów i zabezpieczając ich koronę.

Pochodzenie kościoła wiąże się być może z wcześniejszym kultowym przeznaczeniem tego wzgórza, a później z miejscem grzebalnym. Ludowe podanie mówi też, że świątynię ufundował bogaty rycerz, jako wotum za szczęśliwy powrót z wyprawy wojennej.

Miejsce wyjątkowo zadbane- czyściutko, ławeczki, tablice informacyjne- warto się tam zatrzymać. Fajnie zregenerowana jadę dalej, ale po chwili znowu się zatrzymuję, bo moją uwagę zwraca potężne drzewo. Jest to legendarna “Babka” – długowieczna lipa drobnolistna, którą w 1954 r. wpisano na listę pomników przyrody. Miała wówczas 18 m wysokości i ok. 4,5 w obwodzie. Liczy ponad 500 lat.
Rośnie na rozstaju tzw. Starej Drogi i nowej prowadzącej z Żarek do Jaworznika, gdzie- jak głosi podanie – położona była ówczesna osada Żarki.

O tej lipie krążą różne podania.
Jedno z nich głosi, iż król Jan III Sobieski, zdążając z wojskiem z Krakowa do Częstochowy na Jasną Górę, przed wyprawą na Wiedeń w 1683 r., tu odpoczywał i pisał jeden ze słynnych listów do Marysieńki :)

I teraz już koncentruję się na odnalezieniu mojej docelowej strażnicy. W internecie wyczytałam, że te ruiny znajdują się niedaleko Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej, więc tam się kieruję. Korci mnie by zatrzymać się w Sanktuarium, ale obawiam się, że jeżeli za długo tam zabawię, to mi zabraknie czasu na strażnicę, a z nią nie jest taka prosta sprawa, bo muszę ją najpierw odnaleźć i nawet w internecie wyczytałam, że nie jest to takie łatwe. Sanktuarium więc zostawiam sobie na deser i jadę dalej do końca Przewodziszowic. I gdy już asfaltowa droga i domy kończą się pojawia się pytanie- co dalej ??? Jest co prawda słupek z drogowskazem, ale nic tam nie pisze o tej strażnicy- stoję jak głupia i nie wiem którą z trzech dróg w las wybrać. W końcu decyduję się na niebieski szlak do Czatachowej, bo jakoś tak najbardziej mi pasuje (niestety moja mapa nie jest za dokładna- koniecznie muszę sobie kupić dokładniejszą ) . I jadę, jadę, jadę, a strażnicy jak nie widać tak nie widać- za to pojawia się Czatachowa i teraz już wiem, że wybrałam złą drogę. Zawracam i jadę z powrotem do Przewodziszowic – przejeżdżając ponownie obok jakiejś piaskowni :

5 km na darmo i sporo czasu zmarnowanego, bo po piaszczystej drodze nie dało się jechać i musiałam rower prowadzić. Teraz już nie ryzykuję, bo zostały jeszcze dwie drogi, tylko pytam się miejscowych o tą strażnicę i dzięki nim wiem już którędy jechać – jadę więc czarnym szlakiem rowerowym (razem z nim prowadzi żółty i niebieski dla pieszych) i po kilku minutach docieram do polanki- a na niej stoi potężna skała z fragmentem kamiennej ściany.

Jest to pozostałość strażnicy w postaci wieży mieszkalno – obronnej i być może dostawionego do niej budynku. Warownia składała się z części górnej, murowanej i dolnej z budynkami drewnianymi. Zachował się fragment murów wieży oraz resztki fosy. Mur wyrównuje pion skały, zwiększając powierzchnię podstawy wieży. Wejście do niej prowadziło drabiną o wysokości 15 m. Zamek górny posiadał powierzchnię ok. 125 m2 i mógł być opasany przez mur obronny, tworząc tam dziedziniec. Część dolna była podzielona jakby na 3 części – majdany gospodarcze, chronione palisadą o dł. ok. 300 m z wjazdem od północy.

Strażnica ta została zbudowana w pierwszej połowie XIV w. przez Kazimierza Wielkiego. Wraz ze strażnicami w Suliszowicach i Lutowcu a może i zamkiem w Ostrężniku stanowiła doskonały system obronny ówczesnego państwa Polskiego. Być może jednak ich historia była całkiem inna i strażnice te były zbudowane przez księcia opolskiego Władysława przeciw państwu polskiemu – wśród historyków nie ma jednomyślności w tej kwestii. Wiadomo jednak że strażnica została opuszczona już za czasów Władysława i przekazana w prywatne ręce. W latach 1426-54 należała do Mikołaka Kornicza. Prace zabezpieczające przeprowadzono w latach 60-tych XX wieku. (znalezione w internecie)

Legendy mówią iż wielkie skarby Kornicza zostały ukryte w szczelinie skalnej nie opodal zamku, inni twierdzą że ukryto je w studni zamkowej, która istnieje podobno do dziś, nieco oddalona od skały zamkowej. Zasypana jest jednak kamieniami. W mgliste poranki pojawia się nad nią cień postaci z kapturem na głowie. Jest to ponoć pokutujący Kornicz pilnujący swoich łupów.

To piękna pamiątka po odległej, kryjącej wiele tajemnic historii – piękna jurajska perełka, którą warto zobaczyć. Obeszłam, obfotografowałam ją, odpoczęłam chwilkę i zadowolona ruszyłam w drogę powrotną do domu.

Niestety zrobiło się późno i sanktuarium musiałam sobie darować. Osoby które chciałyby się coś więcej o nim dowiedzieć odsyłam do mojego starszego wpisu (wpis nr. 7 “W Żarkach”) . Tam znajdziecie też kilka innych ciekawych informacji o Żarkach. To bardzo interesujące miasteczko- sama ciągle coś nowego w nim odkrywam i mam powody by do niego wracać :)

A tymczasem wracam do domu – zachwycając się pięknie zachodzącym słoneczkiem :)

Wyjazd oczywiście zaliczam do udanych i bardzo owocnych, bo oprócz tego, że udało mi się świetnie zrelaksować i odnaleźć tą strażnicę, to jeszcze podłapałam pomysły na kilka innych wycieczek rowerowych w tym kierunku i teraz będę je wcielała w życie :)

POZDRAWIAM WSZYSTKICH MOICH SYMPATYKÓW 😉

Wpis archiwalny – czerwiec 2011

27. Ruiny Cegielni w Mrzygłodzie

Kolejny wpis i kolejna wyprawa rowerowa, tylko tym razem w zupełnie innym kierunku, chociaż trasą doskonale mi znaną, bo w zeszłym roku często tamtędy jeździłam na Jurę i trasa ta była moją ulubioną: Poręba- Mrzygłód- Kopaniny- Włodowice i dalej to już różnie w zależności od celu.

Błękitne niebo, ciepełko, z lekka zawiewający wiaterek- jechało mi się po prostu BOSKO !!! Taką pogodę chciałabym mieć co tydzień :) Po drodze, tuż przed Mrzygłodem, obok ruin dawnej cegielni zrobiłam sobie pierwszy postój (sobie postój, a jej kolejną sesję fotograficzną), bo z każdym rokiem popada  w coraz większą ruinę i wkrótce może z niej już nic nie zostać.

Jeszcze 8 lat temu obiekt składał się z dwukondygnacyjnego budynku murowanego (bud. główny), zespołu pieców (z kominem przylegającym od zachodu) oraz 3 wiat (z podmurówkami) zamykających podwórze cegielni. Wszystko to co było najcenniejsze: elementy metalowe, stalowe itp zostało już rozkradzione – teraz ludzie jadą tam po to aby wziąć sobie trochę drewna czy nawet cegiełek. Szkoda, że nie da się jej już uratować :(

Zaraz obok tej cegielni znajduje się wyrobisko zalane wodą – malutkie, ale jakże urocze jeziorko.

W zeszłym roku często tamtędy przejeżdżałam i mogłam go podziwiać i fotografować przy różnej aurze pogodowej – za każdym razem wyglądało inaczej ( zdjęcie poniżej pochodzi właśnie z jednego z zeszłorocznych wyjazdów).

Wpis ten nazwałam “Ruiny Cegielni w Mrzygłodzie”, ale tego dnia odwiedziłam jeszcze kilka innych ciekawych miejsc- zregenerowana i z pierwszymi zdjęciami pognałam aż do Włodowic. I tu pochwalę się Wam, że pół roku wyciskania potu na aerobiku zaowocowało, bo pod Górę Włodowską wjechałam bez schodzenia z roweru i zatrzymywania się na picie- sukces :) . W zeszłym roku udawało mi się to dopiero pod koniec mojego sezonu rowerowego. Na rynku we Włodowicach zaopatrzyłam się w długopis, bo stwierdziłam, że tym razem będę spisywała moje wrażenia na bieżąco, na postojach. Następnie nakierowałam się na Rzędkowice i przejeżdżając obok Rzędkowickich Skał (zwanych w skrócie “Rzędkami”) pojechałam dalej do Podlesic. Ze względu na dużą liczbę skałek wapiennych w bezpośrednim sąsiedztwie wsi, a także z uwagi na rozbudowaną bazę noclegową, Podlesice są jedną z kilku wspinaczkowych stolic Polski. W samej wsi znajdują się siedziby kilku szkółek wspinania oraz siedziba Grupy Jurajskiej GOPR.

Tym razem nie miałam konkretnie sprecyzowanego celu mojej wyprawy- raczej chciałam rozejrzeć się w tym terenie i zobaczyć Skałki Podlesickie (które nie są mi tak dobrze znane jak znajdujące się po drugiej stronie drogi 792 Skałki Kroczyckie). Dojeżdżając do Podlesic wspomnianą drogą 792 Żarki-Kroczyce można dojrzeć skałę o nazwie -Turnia Motocyklistów (swoją drogą to ciekawe – dlaczego motocyklistów ??? Czyżby na nią wjeżdżali ??? 😉 )

Na zdjęciu poniżej Turnia Motocyklistów widziana z drogi 792- (podejść do niej bliżej postanowiłam jednak innym razem i wtedy także poszukać znajdującej się tam gdzieś w lesie skały-Apteki)

Kolejny postój zrobiłam sobie u podnóża Góry Zborów (zwiedzałam ją w zeszłym roku i w wpisie nr.24 dokładnie o niej opowiadałam, więc zainteresowane osoby odsyłam tam). Dzisiaj wstawię tylko jedno zdjęcie, które i tak nie oddaje jej piękna, a tego dnia z błękitnym niebem i chmurkami wyglądała fantastycznie.

Po przeczytaniu informacji o Górze Zborów (z moim rowerem i tak nie mogłabym tam pójść, bo na terenie Rezerwatu Góry Zborów obowiązuje zakaz rowerów, samochodów, motocykli, quadów i koni) i przejrzeniu mapy podejmuję decyzję, że czarnym szlakiem rowerowym (razem z nim biegnie też zielony dla pieszych) pojadę z powrotem do Rzędkowickich Skał- 4km lasem. Według mapy gdzieś w pobliżu miały być jakieś skałki, ale niestety ze szlaku nie było ich widać- trzeba było odbić w bok i nawet domyślam się gdzie- lato dopiero się zaczyna, więc spróbuje innym razem ich poszukać. Wkrótce na jakimś kiepsko oznakowanym rozdrożu czarny szlak rowerowy mi się zgubił, ale to nic, dalej poruszałam się zielonym dla pieszych (i nawet byłam pieszą, bo po tej piaszczystej drodze tak źle mi się jechało na rowerze, że wolałam rower prowadzić i iść 😉 . I gdy już droga zaczęła mi się dłużyć pojawiły się pierwsze Rzędkowickie Skałki:

A zaraz za nimi polana ze słynnym Okiennikiem Rzędkowickim. Tego dnia było tam raczej pusto, więc przespacerowałam się wśród tych skał tak jak lubię- w ciszy i spokoju :)

Zrobiłam mnóstwo nowych zdjęć, bo tam trudno powstrzymać się i ich nie robić.

O skałach tych mogłabym długo opowiadać- jednak nie chcę się powtarzać tu na blogu i dlatego wszystkie zainteresowane nimi osoby odsyłam do moich starszych wpisów nr.6- Rzędkowickie Skały i nr.16 Rzędkowickie Skały jesienią, gdzie znajdziecie wiele ciekawych informacji na ich temat (i oczywiście zdjęcia też tam są 😉 ) To bardzo malownicze miejsce- mogę powiedzieć, że mnie urzekło i lubię tam powracać :)

Wracając już do domu -zachwycona rzepakowymi polami, zatrzymałam się na jednym z nich, by zrobić kilka zdjęć:

Do domu dojechałam bez problemu – zmęczona, ale jakże zadowolona i naładowana megapozytywnie :)

Dzisiaj też mam w planach rowerek, ale nie wiem czy pogoda mi nie pokrzyżuje tych planów, bo deszcz dosłownie wisi w powietrzu :(

POZDRAWIAM SERDECZNIE Wszystkie zaglądające tu do mnie osoby, a zwłaszcza te, które komentują moje wpisy i kibicują mi w tym moim zwiedzaniu i relacjonowaniu :) :) :)

Wpis archiwalny – maj 2011

26. Wzgórze Kromołowiec

WITAM SERDECZNIE !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

ROWER, PLENER I ZDJĘCIA TO JEST MÓJ WYPOCZYNEK I LEKARSTWO NA WSZYSTKIE STRESY DNIA CODZIENNEGO !!! A więc jak już się pewnie domyślacie ten wpis będzie relacją z mojej wycieczki rowerowej- tak- a nawet z dwóch wycieczek rowerowych :) , gdyż w jednym tygodniu tak dla rozgrzewki po zimie wybrałam się do Łaz/Zawiercia (zwiedziłam tam kościół  św. Michała Archanioła, zabytkową kolejową wieżę ciśnień, a także pokręciłam się trochę po mieście, bo mimo, że mam do niego niedaleko, to wcale go nie znałam). Tydzień później zaś znając początkowy odcinek drogi, miasto Łazy i swoją kondycję po zimie, postanowiłam jechać dalej do Niegowonic, a konkretniej moim celem stało się Wzgórze Kromołowiec leżące niedaleko Niegowonic przy drodze nr 790 do Ogrodzieńca.

Zanim jednak opowiem o tym malowniczym miejscu na Jurze pokażę Wam tą wspomnianą wieżę ciśnień i opowiem jak mi się jechało na tym moim wysłużonym już rowerku. Otóż już po przejechaniu kilkunastu metrów naszły mnie wątpliwości, czy w ogóle uda mi się tam dojechać, bo po tej pierwszej wyprawie do Łaz zrobiła mi się dziura w oponie i co prawda oponę wymieniłam na nową, ale z nieco większym bieżnikiem i coś mi się teraz tarło i w ogóle jechało mi się o wiele ciężej i wolniej :( Stwierdziłam jednak, że albo zawrócę do domu i popołudnie spędzę z książką na własnym podwórku, albo postaram się nie zwracać na to uwagi i powoli jechać do przodu- i tak też zrobiłam :) A dopatrując się w tym nawet zalety doszłam do wniosku, że przynajmniej więcej kalorii spalę i bardziej schudnę 😉

Dojeżdżając już do Łaz (wąską asfaltową drogą łączącą Łazy z Zawierciem-biegnącą wzdłuż torów kolejowych) minęłam wspomnianą wieżę ciśnień zwaną “Królewską”. Zbudowana w 1898 r. wieża ciśnień była obiektem zasilającym w wodę parowozy stacji rozrządowej Łazy i samą stację. Na szczycie budowli są umieszczone dwa stalowe zbiorniki, każdy o pojemności ok. 130m3, na niższych piętrach znajdowały się pomieszczenia wykorzystywane na mieszkania służbowe PKP.  To taki wysoki 24 – metrowy ceglany budynek- obecnie niestety popadający w coraz większą ruinę.

Na zdjęciu poniżej (pochodzącym z tej pierwszej wyprawy do Łaz, kiedy to zatrzymałam się tam na dłużej i dokładnie ją obfotografowałam) jej czubek na tle nieba:

Następnie szybko przejechałam przez Łazy i pojechałam w kierunku Niegowonic (już nieznaną mi drogą). Moją uwagę zwrócił Zalew “Mitręga” znajdujący się tuż przy drodze i zatrzymałam się tam na dłużej.

To kąpielisko miejskie i jednocześnie świetne miejsce do wypoczynku i wędkowania.

Zregenerowałam siły i ruszyłam dalej w drogę. W Niegowonicach warto zobaczyć pomnik wzniesiony ku czci powstańców poległych w 1863 roku (znajduje się on na cmentarzu parafialnym), a także kościół parafialny p.w. św. Franciszka, wzniesiony w 1802 r. z fundacji Franciszka Grabiańskiego. Odnowiono go po 1895 roku, a po pożarze w 1909 roku został gruntownie odrestaurowany. Jest to obiekt murowany, potynkowany, jednonawowy, z transeptem oraz trójbocznie zamkniętym prezbiterium. Przy prezbiterium od wschodu, południa i północy znajdują się dwie zakrystie oraz składzik usytuowany przy nawie od strony zachodniej. W kościele jest też kruchta, po bokach której znajduje się wejście prowadzące do chóru muzycznego.

Na zdjęciu poniżej właśnie ten barokowo- klasycystyczny kościół:

I teraz już do celu miałam zupełnie niedaleko, chociaż ten odcinek drogi był raczej niekorzystny dla mnie (jako rowerzystki) – dosyć, że cały czas pod górę serpentynami, to jeszcze na dodatek bez wyznaczonego dla rowerzystów pobocza, ale dałam radę i nawet poczułam się jak w górach 😉

Wzgórze Kromołowiec jest ostańcem wapiennym. Stanowi ono początek Pasma Smoleńsko- Niegowonickiego.

Rozpościera się z niego piękny widok na cztery strony świata, m.in. na Pustynię Błędowską. Można też wypatrzyć ruiny Zamku Rabsztyn i Ogrodzieniec.

Kolejne zdjęcie to widok ze szczytu wzgórza- widzimy ostańce wapienne, a także biegnącą wokół niego drogę 790 do Ogrodzieńca i parking- zatoczkę (utworzony, gdyż sporo aut tu przystawało, stwarzając zagrożenie na drodze).

I już jesteśmy na szczycie Wzgórza Kromołowiec- Stodólsko (435 m n.p.m.).                 Aż mi się scyzoryk w kieszeni otwiera jak widzę takie graffiti, a niestety takich widoków na Jurze nie brakuje :( A tak swoją drogą, to ciekawe, czy ta “wielka miłość” do tajemniczej Marty jeszcze trwa, bo napis z pewnością jeszcze długo będzie o tym głosił.

Cieszę się, że udało mi się dojechać do tego miejsca i poznać je, bo wcześniej mimo, że mam do niego tak niedaleko, to nie znałam go wcale. Tak w ogóle to w tym sezonie chciałabym nadrobić więcej takich zaległości. Droga do domu (przez Mitręgę, Rokitno Szlacheckie, Kazimerówkę, Zawiercie) upłynęła mi szybko i bezkolizyjnie. I stwierdziłam nawet, że czasowo i kondycyjnie jestem w stanie jeździć dużo dalej- życzcie mi więc powodzenia :)

A ja żegnam się dzisiaj z Wami stwierdzeniem – ŚWIAT Z ROWERU WYGLĄDA PIĘKNIEJ !!! :)  i zostawiam Wam taki autoportrecik zrobiony podczas mojej pierwszej tegorocznej wycieczki rowerowej po okolicy:

POZDRAWIAM i zachęcam Wszystkich do takiej formy aktywności ruchowej :) :) :)

Wpis archiwalny – kwiecień 2011

25. Zamek w Będzinie

WITAM SERDECZNIE I WIOSENNIE !!!

24 wpisy, ponad 200 zdjęć, wiele ciekawych miejsc opisanych i pokazanych- tak wygląda w skrócie bilans pierwszego roku mojego blogowania ( a ile dodatkowo wrażeń przy ich zwiedzaniu :) ). Ten wpis jest dla mnie wyjątkowy, bo po pierwsze jubileuszowy, a po drugie przedstawiany tu dzisiaj ZAMEK W BĘDZINIE jest pierwszym miejscem, które udało mi się zwiedzić w tym roku (w końcu !!! :) )

Królewski Zamek Będziński to średniowieczna warownia obronna wzniesiona przez Kazimierza Wielkiego w systemie tzw. Orlich Gniazd na pograniczu Małopolski i Śląska, na wzgórzu nad Czarną Przemszą. Historia tej fortyfikacji sięga IX wieku. Już wtedy na Górze Zamkowej wzniesiono gród, prawdopodobnie należący do plemienia Wiślan lub jego zachodniego odłamu. Gród był kilkakrotnie rozbudowywany: m.in. w miejsce pierwotnej palisady wzniesiono istniejący do dziś zewnętrzny wał podgrodzia, a wewnętrzny wał podgrodzia zniwelowano celem założenia cmentarza wczesnochrześcijańskiego. Na przestrzeni wieków zamek był rozbudowywany, płonął, popadał w ruinę, pełnił różne funkcje (przez pewien czas mieścił się tu nawet szpital).

Swój obecny wygląd zawdzięcza pracom rekonstrukcyjnym z 1834 r. przeprowadzonym przez Franciszka Marię Lanciego oraz odbudowie w latach 1952-56. Pierwotnie wieża okrągła była znacznie wyższa niż obecnie i prawdopodobnie miała zwieńczenie ceglane. Budynek mieszkalny nie miał wyodrębnionej wieży kwadratowej – w obu swych częściach miał tę samą liczbę kondygnacji.

Obecnie warownia składa się z zamku górnego i rozległego przedzamcza z pozostałościami murów obwodowych i nieistniejącą już dziś bramą wjazdową (jej szczątki odkryli archeolodzy w latach 1954-58) poprzedzoną mostem zwodzonym. Na zamku górnym stoi budynek mieszkalny czyli przebudowana czworoboczna wieża mieszkalno-obronna oraz ponad 20-metrowa (pierwotnie 30 m) okrągła baszta – stołp.

W Będzinie bywam raczej często i często też oglądam ten zamek z zewnątrz, niekiedy nawet przespaceruję się wokół niego z dziećmi, ale tym razem postanowiłam, że zwiedzimy go gruntownie tzn. zwiedzimy muzeum znajdujące się w jego komnatach, a także wejdziemy na wieżę i tak też zrobiliśmy.

Zdjęcie poniżej zostało zrobione na dziedzińcu zamkowym- widzimy tu dyby (obecnie to chyba na niesfornych gości 😉 ), a także daszek fajnej, stylowej  karczmy rycerskiej:

Jak już wspomniałam na zamku górnym stoi ponad 20-metrowa (pierwotnie 30 m) okrągła baszta – stołp. Na jej szczycie znajduje się punkt widokowy z lunetą. Rozciąga się z niej rozległy widok na całą okolicę (miasto Będzin, a także możemy zobaczyć Elektrownię Łagisza). Dawniej wieża ta spełniała różne funkcje: latarni oświetlającej drogę flisakom, więzienia dla skazańców, a podczas wojny ostatniego punktu obrony.

Zamek otacza fosa oraz wysoki podwójny mur obwodowy. Pomiędzy murami prowadzi ścieżka z ławkami, są tam też reflektory, które ładnie oświetlają zamek nocą. Zewnętrzne mury wsparte są szkarpami, a wewnętrzne zwieńczone podobnie jak baszta blankami.

We wnętrzu zamku od 1956 r. funkcjonuje Muzeum Zagłębia z bardzo bogatą kolekcją dawnej broni (tym szczególnie był zainteresowany mój starszy syn).

Jest też ekspozycja związana z historią Będzina i innych zamków na szlaku Orlich Gniazd oraz można podziwiać dwie makiety zamku wykonane bardzo precyzyjnie. Zainteresowane osoby informuję, że bilet normalny do muzeum kosztuje 6 zł, ulgowy 3 zł, a wejście na wieżę 2 zł- wszyscy. Jest też możliwość zakupienia biletu do wspólnego zwiedzania zamku i pobliskiego Pałacu Mieroszewskich (wychodzi taniej niż kupowanie oddzielnych biletów do tych dwóch muzeów).

My po zwiedzeniu muzeum ( warto było poświęcić te kilka zł ), wejściu na wieżę i odpoczynku na dziedzińcu zamkowym udajemy się na spacer wokół zamku.

Podobno w planach dyrekcji muzeum jest odbudowa przedzmacza (zamku dolnego) z bramą i mostem zwodzonym……. ciekawe :)

Nazwę miasta i zamku tłumaczy kilka legend…..

Pewnego razu król Kazimierz Wielki jadąc przez Śląsk zauroczony krajobrazem wskazał na wzgórze nad Czarną Przemszą i rzekł “Tu będziem odpoczywali”. Obóz czeladzi wędrującej z królem znajdował się niedaleko i stąd nazwa pobliskiej osady – Czeladź. Reszta dworzan, którzy nie zmieścili się na górze zamkowej obozowali nieco dalej i stąd powstała osada Zagórze. Historia ta jest jednak mało prawdopodobna, ponieważ Kazimierz Wielki nadał prawa miejskie Będzinowi, czyli miejscowości która kilkaset lat wcześniej funkcjonowała już pod podobnymi nazwami jak np. Banden czy Bendin.

Inna, zapewne bliższa prawdy legenda, powstanie Będzina łączy z rycerzem Bendą. Założyciel tutejszej osady był podobno okrutnikiem, ukaranym później przez los za swoje zbrodnie utratą rodziny.(znalezione w internecie)

Obchodząc zamek wkoło zboczyliśmy też do znajdującego się za nim parku (tam szczególnie pięknie jest jesienią), a także zaliczyliśmy plac zabaw.

Kolejne zdjęcie to taka stylizacja zrobiona właśnie od strony tego parku:

Wracamy ponownie pod zamek- od południowego wschodu przez fosę biegnie coś co wygląda jak jedna ściana mostu z arkadami, ale w rzeczywistości jest to ozdoba wybudowana w XIX wieku na dawnym miejskim murze obronnym.

Dodatkową atrakcją związaną z tym zamkiem jest to, że co roku, pod koniec wakacji pasjonaci szeroko rozumianej kultury celtyckiej spotykają się u podnóża będzińskiej twierdzy. Gromadzi ich największy w środkowej Europie FESTIWAL MUZYKI CELTYCKIEJ „ZAMEK” . Niestety nie miałam jeszcze możliwości uczestniczyć w tej imprezie, ale myślę, że byłoby warto :)

Osoby dysponujące większą ilością czasu zachęcam też do zwiedzenia pobliskiego Kościoła Świętej Trójcy, Cmentarza Żydowskiego, a także Pałacu Mieroszewskich. Ten barokowo-klasycystyczny pałac został wybudowany przez Kazimierza Mieroszewskiego herbu Ślepowron  na początku XVIII wieku ( ok. 1702-1718). Rodzina Mieroszewskich była jednym z potężniejszych rodów pogranicza małopolsko-śląskiego (dawne Księstwo Siewierskie). W swoich rękach skupili olbrzymie dobra po obu stronach Brynicy.

Na razie wstawiam jedno jego zdjęcie, a w przyszłości może będzie ich więcej, bo jak już pisałam w Będzinie bywam często.

I to już koniec mojej relacji z tej wycieczki – zachęcam Was do odwiedzenia Będzina :)

Kończąc ten jubileuszowy wpis, życzę Wam i sobie jak najwięcej czasu spędzanego w plenerze i odkrywania wielu nowych i ciekawych miejsc :)

POZDRAWIAM :) :) :)

Wpis archiwalny – kwiecień 2011

24. Rezerwat Góra Zborów

WITAM GORĄCO, chociaż temperatura za oknem jak na tę porę roku nie jest za wysoka!!!

W poprzednim wpisie opowiadając o Zalewie Kostkowice/ Dzibice i Skałkach Kroczyckich wspomniałam też o Górze Zborów i obiecałam, że kiedyś o niej opowiem, a ponieważ ciągle coś mi staje na drodze i uniemożliwia wybranie się w teren, postanowiłam znowu przewietrzyć moje szuflady i opowiedzieć właśnie o tym miejscu na Jurze. Znam je dosyć dobrze, bo byłam tam kilkakrotnie- ostatni raz w lipcu zeszłego roku. To z pewnością jedno z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych miejsc na całej Jurze ……. znane zarówno turystom jak i miłośnikom wspinaczki skałkowej.

Góra Zborów (zwana również Berkową Górą) wraz z sąsiednim Wzgórzem Kołaczek tworzą Rezerwat Przyrody Nieożywionej Góra Zborów. Znajduje się on na terenach wsi Podlesice (gmina Kroczyce, powiat zawierciański, województwo śląskie) i powstał na podstawie Zarządzenia Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z dnia 30 sierpnia 1957 r. w sprawie uznania za rezerwat przyrody (łącznie ok. 45 ha powierzchni).

Rezerwat Góry Zborów to miejsce gdzie można podziwiać wspaniałe i ogromne ostańce, jedne z najbardziej malowniczych na Jurze. Niektóre mają nawet 30 m wysokości i przybrały bardzo różnorodne i ciekawe kształty (można się w nich dopatrzeć sylwetek zwierząt i ludzi – np. Skała Młynarz, Wielbłąd czy Zakonnica).

W opadających kaskadowo skałach można również napotkać kilka ciekawych jaskiń:

Na terenie rezerwatu znajduje się także zamknięty obecnie kamieniołom, w którym pracowali przymusowi robotnicyIII Rzeszy.To tu znajduje się otwór Jaskini Głębokiej. W dolnej części jaskini zachowały się jeszcze niewielkie nacieki w formie stalaktytów, czyli tzw. “makarony”. Od czerwca 2010 roku jaskinia ta jest otwarta dla ruchu turystycznego i my będąc tam w lipcu już mogliśmy ją zwiedzić, no ale moi chłopcy woleli biegać po powierzchni, niż stać w kolejce, by przejść się tą podziemną trasą (trudno, kiedyś to jeszcze nadrobię).

Teren rezerwatu był miejscem potyczek pomiędzy niemiecką żandarmerią a jednostkami Armii Ludowej oraz Batalionów Chłopskich ( do dzisiaj na szczycie Góry Zborów stoi zbudowana przez nazistów wieżyczka triangulacyjna).

Niestety żadne moje zdjęcie z wieżyczką mi się nie podoba, więc zamiast tego wstawiam kolejne ujęcie skałek – hmmm wyglądają jak przyklejeni do siebie bliźniacy :)

Góra Zborów jest w tych okolicach chyba najpopularniejszym rejonem wspinaczkowym. Niestety przekłada się to wszystko na stan i jakość wspinania w tych okolicach. Dróg jest bardzo dużo, o urozmaiconych trudnościach (od najłatwiejszych do VI.6+), rewelacyjne obicie, ale także bardzo wysoki stopień wyślizgania, co czasem odbija się na wrażeniu że trudności niektórych dróg są zaniżone. Niestety ekspozycja skał latem nie sprzyja wspinaczom, gdyż większość skał ma wystawę południową lub południowo zachodnią. Wspinaczką na razie się jeszcze nie zajmuję (bo w przyszłości kto wiem, może się odważę :) ), ale obserwując licznych jej pasjonatów (mimo, że był to środek tygodnia w godzinach dopołudniowych) stwierdziłam, że jest to prawdziwy raj dla tych co lubią i potrafią się wspinać.

Spacerując… podziwiając piękne widoki…..i obserwując licznych wspinających się, nagle natknęliśmy się na stado “jurajskich” kóz- moi chłopcy byli nimi zachwyceni, a i ja sama jeszcze nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć tylu kóz naraz. A te kozy “jurajskie” hmmm pozowały mi jak urodzone modelki i niezłą sesję im tam zafundowałam :)

Na roślinności za bardzo się nie znam, ale z licznych tam tablic informacyjnych można się dowiedzieć, że na terenie Rezerwatu Góry Zborów oprócz form skalnych chroni się  również około 210 gatunków roślin naczyniowych. Szata roślinna ma tu charakter strefowo-pasowy, i tak licząc od podnóża Górę Zborów porasta kolejno: las sosnowy, miejscami płaty lasów grądowych, buczyna sudecka z żywcem dziewięciolistnym w runie (na stokach północnych), buczyna kwaśna i ciepła (na stokach południowych), murawy kserotermiczne i ciepłe zarośla, a najwyżej zbiorowiska naskalne. Na terenie tego rezerwatu występują m.in. rzadkie rośliny: kozłek trójlistkowy, mącznica lekarska, goździk siny, dziewięćsił bezłodygowy, irga zwyczajna. Znajduje się tu również reliktowe stanowisko skalnicy gronkowej (dotychczas spotykanej tylko w partiach alpejskich).

Wierzchołek Góry Zborów (462 m n.p.m.) jest znakomitym punktem widokowym (jest to najwyższe wzniesienie w byłym województwie częstochowskim)- można z niego podziwiać przepiękny, rozległy widok zaliczany do najpiękniejszych na Jurze. Przy dobrej pogodzie można zauważyć m.in. zamki w Podzamczu, w Morsku, w Mirowie i Bobolicach oraz skały Okiennika Wielkiego oraz odległe panoramy Zawiercia, Myszkowa i pobliskich Kroczyc.

Na zdjęciu poniżej sąsiednie Wzgórze Kołaczek, widziane ze szczytu Góry Zborów:

Przez Górę Zborów, ze względu na jej urok, poprowadzono kilka ważnych szlaków turystycznych. Przez obszar rezerwatu prowadzą m.in. piesze szlaki: czerwony Orlich Gniazd, zielony Rzędkowicki i czarny łącznikowy z parkingu przy J. Głębokiej, a w sąsiedztwie biegną również pieszy szlak niebieski Warowni Jurajskich oraz szlaki rowerowe: czerwony Orlich Gniazd, czarny Myszków-Siewierz, zielony Hotelu Ostaniec, a także szlak rowerowo-narciarski Hotelu Ostaniec i Transjurajski Szlak Konny.

Osoby z daleka zainteresowane noclegami informuję, że u podnóża Góry Zborów znajduje się kompleks rekreacyjno-wypoczynkowy, na który składają się hotel, gościniec oraz pole namiotowe. Nocleg możliwy jest również w licznych gospodarstwach agroturystycznych w Podlesicach.

I już ostatnie zdjęcie wybrane do tego wpisu (a miałam z czego wybierać, bo zrobiłam ich tam ponad 300), mnie osobiście ta skała przypomina zaciśniętą pięść, a Wam ? :)

Kończąc mam nadzieję, że teraz już nic nie stanie mi na przeszkodzie i kolejny wpis to już nie będą wspomnienia (chociaż bardzo lubię wspominać :) ) ale już relacja z nowej wycieczki ….. tym bardziej, że (pochwalę się, a co 😉 ) kupiłam sobie nowe kijki trekkingowe i korci mnie by je przetestować w terenie 😉

POZDRAWIAM WSZYSTKICH CZYTAJĄCYCH MOJE WPISY :) :) :)

Wpis archiwalny – marzec 2011

23. Zalew Kostkowice/ Dzibice

WITAM SERDECZNIE !!!!!!!!!!!!!!!!!

W oczekiwaniu na wiosnę i moją pierwszą tegoroczną wycieczkę  chciałabym pokazać Wam kolejne miejsce na Jurze, które warto odwiedzić. Proponuję wybrać się do Kostkowic (województwo śląskie,powiat zawierciański, gmina Kroczyce) i zapoznać z różnymi atrakcjami turystycznymi tego terenu, a jest ich tam naprawdę mnóstwo.

Ja byłam tam po raz ostatni we wrześniu zeszłego roku i właśnie wybrane tu do wpisu zdjęcia pochodzą z tego wyjazdu. To był raczej pochmurny dzień, ale na szczęście nie padało i udało mi się (wraz z moimi chłopcami) fajnie tam pospacerować. A jest gdzie spacerować i co podziwiać, gdyż wokół wsi góruje kompleks Skał Kroczyckich. Od jej północnej strony wznosi się Góra Słupsko z interesującym grodziskiem typu skalnego, a po zachodniej stronie Góra Jarzębnik i Góra Łysak, wraz z licznymi ostańcami skalnymi. Po północnej stronie Góry Słupsko na rzece Białce znajdują się 3 zbiorniki wodne oraz jeden sztuczny zbiornik wodny o długości ok. 1000 mb zwany Zalewem Dzibickim.

Jest to atrakcyjne miejsce dla wędkarzy oraz osób lubiących wypoczynek na łonie natury.

Latem jest tam gwarno i rojno (można się wykąpać lub popływać kajakiem), natomiast zimą świeci pustkami.

Ja akurat nie wędkuję i w sezonie letnim też nie korzystam z tego bezpłatnego kąpieliska, za to uwielbiam spacerować, gdy jest tam spokojniej ( robić zdjęcia)  i dlatego ten pochmurny i zarazem ciepły dzionek okazał się dla mnie idealnym dniem na wycieczkę.

I jeszcze jedno zdjęcie zrobione nad tym zalewem:

Wspomniałam już, że na tym terenie jest mnóstwo różnych atrakcji turystycznych i wprost nie sposób zobaczyć wszystkiego w ciągu jednego dnia. Ja zadecydowałam, że tym razem najpierw przespacerujemy się wokół Zalewu Dzibickiego, a następnie udamy na skałki i tym razem dla odmiany pochodzimy wśród skałek ukrytych w lesie.

Mnie się podobało, moim chłopcom też- zaopatrzeni w patyki nikogo i niczego się nie bali i dzielnie maszerowali pokonując nierówny teren- tak swoją drogą to może powinnam pomyśleć o zaopatrzeniu ich w kijki trekkingowe ??? :)

I tak spacerując wśród tych skał nasunęło mi się takie porównanie, że przypominają one skały w Górach Stołowych, jednakże ich budowa geologiczna jest zupełnie inna.

Wyjazd krótki, zaledwie kilkugodzinny, ale bardzo udany. I muszę przyznać się Wam, że poznając ten niewielki fragment Skał Kroczyckich narobiłam sobie tylko smaka, by przejść i dokładnie poznać całe pasmo Skał Kroczyckich ciągnące się od Rezerwatu Góry Zborów (łukiem o długości ok. 5 km) w kierunku Kostkowic. Główne wzniesienia to: Góra Zborów, Kołaczyk, Pośrednia, Popielowa, Łysak, Jarzębnik i Słupsko. Wzgórza oddzielają głębokie doliny porośnięte gęstym lasem.

Górę Zborów odwiedziłam już kilkakrotnie w swoim życiu (kiedyś też Wam tu o niej opowiem- obiecuję), ale te pozostałe wzgórza są mi raczej słabo znane (oczywiście jak tylko uda mi się tam znowu pojechać, to relacja obowiązkowo będzie).

I to już wszystko na dzisiaj – kończąc życzę Wam jak najwięcej czasu spędzanego w plenerze i owocnych poszukiwań wiosny :)

POZDROWIONKA :) :) :)

Wpis archiwalny – marzec 2011